Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2015

I never believed in ghosts. Until one tried to kill me- Kami Garcia Unbreakable

Unbreakable jest reklamowane hasłem Supernatural meets The Da Vinci Code, które po pierwsze jest nieprawdą, po drugie może odstraszać czytelników. Moim zdanie, tylko pierwsza część hasła jest prawdziwa, więc jeśli lubicie serial i szukacie szybkiej, lekkiej lektury, powinno się Wam spodobać.


piątek, 22 sierpnia 2014

Leigh Bardugo Grisha Trylogy

Tak wiem, trochę mnie tu nie było. Powiedzmy, że miałam wyjątkowo ciężki sierpień. To nie znaczy, że nie czytałam, czytałam mnóstwo, tylko nie miałam ochoty ani energii by podzielić się wrażeniami ze światem.
Recenzja zawiera spoilery drugiego i trzeciego tomu Trylogii Grisha. Jeśli chcesz je ominąć, a jednak ciekawi Cię moja opinia, przejdź od razu do ostatniego akapitu.

Oryginalne okładki są piękne i doskonale wpisują się w klimat

czwartek, 22 maja 2014

Szklany tron Sarah J. Maas

Siedemnastoletnia Celaena jest wyszkolonym zabójcą, jednym z najlepszych, ale popełniła fatalny błąd. Została złapana i skazana na dożywotnią niewolniczą pracę w kopalni soli Endovier. Książę Dorian składa jej ofertę. Celaena musi walczyć na śmierć i życie w turnieju o tytuł królewskiego zabójcy. Jeśli wygra – będzie wolna, jeśli przegra – jej wybawieniem będzie śmierć. Uczestnicy turnieju giną w tajemniczych okolicznościach. Czy Celaena zdoła zdemaskować zabójcę zanim sama stanie się ofiarą?
opis i grafika z goodreads.com

Czy Szklany tron jest podobny do Igrzysk śmierci? Założenie wydaje się podobne, grupa uczestników bierze udział w grze, w której mogą albo zwyciężyć albo polec. Jednak gra o stanowisko królewskiego zabójcy jest tajna, a uczestnicy mają szansę przeżyć (wyeliminowani są odsyłani skad przyszli). Poza tym, większość z nich zgłosiła się z własnej woli.

piątek, 18 kwietnia 2014

Libba Bray Mroczny sekret


Gdybym  przeczytała tę książkę w wieku szesnastu lat, zapewne byłabym zachwycona i nie mogłabym się doczekać kolejnego tomu. Ma w sobie wszystkie ekscytujące cechy powieści wiktoriańskich i tempo współczesnej literatury. Czytelnik nie musi przedzierać się przez wielostronicowe opisy by odnaleźć akcję.
Jednak, mam trochę więcej niż naście lat, więc powieść Libby Bray nie zrobiła na mnie aż tak wielkiego wrażenia. To sympatyczna powieść, pełna lubianych przeze mnie tropów, ale nie chwyta za serce. Co nie znaczy, że jest nudno, jednak starszego czytelnika mogą znużyć pensjonarskie dramaty (nie twierdzę, że są one nieważne albo źle napisane. Po prostu, jak już człowiek raz przez nie przeszedł, to nie interesują go ponownie). Być może moja irytacja na fabułę miała w tym swój udział- bohaterka odkrywa, że ma moc, ale nie może jej używać. Bo nie. Tak mówi tajemnicze bractwo. Gdyby Gemma mniej więcej w połowie powieści, nie kazała członkom bractwa iść do diabła, miałabym o książce dużo gorsze zdanie.


Gemma Doyle nieźle się sprawdza jako narratorka, chociaż opowiada w mało emocjonujący sposób. Pozostałe członkinie grupy są ciekawe, chociaż żadna nie jest zbyt sympatyczna. Brakowało trochę postaci, która nie będzie nieszczęśliwa, w tej powieści wszyscy są w jakiś sposób złamani (o dziwo, dorośli również cierpią i nie radzą sobie z życiem. Tylko, że oni mogą ratować się wykorzystaniem córek). Ich przyjaźń oparta jest na sekretach i wzajemnych korzyściach, nie sympatii.


Gdybym miała powiedzieć co mi ta powieść przypomina, to połączenie Tajemniczego ogrodu, Pikniku pod wiszącą skałą, i Stowarzyszeniu umarłych poetów i Tajemniczego opiekuna. Przyznam, że brakowało mi dłuższych opisów, tła. Powieść zaczyna się w Indiach, ale równie dobrze mogłaby w Afryce, wystarczy zmienić kilka szczegółów. Anglia została opisana nieco lepiej, ale nadal dość schematycznie. Brakuje informacji o postaciach drugoplanowych, ich przeszłości i motywacjach, zwłaszcza rodzinie Gemma poświęca mało uwagi. Całość jest chwilami aż zbyt powierzchowna, jakby Autorka uznała, że skoro wszyscy wiemy jak wyglądała wiktoriańska Anglia, to może sobie odpuścić. W pierwszym tomie serii takie lenistwo dziwi.

Mroczny sekret to dobra, choć nie pozbawiona wad, lektura. Jeśli lubicie powieści z dreszczykiem, wiktoriańską Anglię i książki o dorastaniu, spróbujcie.



czwartek, 19 września 2013

Mało krwawa hrabina


Pandora to dość prosta, ale niepozbawiona uroku historia. Trochę w stylu „Diabeł ubiera się u Prady”, trochę „Buffy”, jest to opowieść o małomiasteczkowym Kopciuszku, którego odmienia przyjazd do Nowego Jorku i kilku ciuchów vintage. Oraz pogadanka ciotecznej babki o różnicy między modą a stylem – która bardzo mnie zaskoczyła. Aspirująca dziennikarka, godzinami czytająca artykuły i blogi o modzie, nie znała tego rozróżnienia?
Ale to był jedyny facepalm podczas lektury. Fabuła, choć prościutka i niezbyt odkrywcza, nie zawiera idiotyzmów i czyta się bez przykrości. Pandora jest całkiem sympatyczną bohaterką, naiwną na tyle na ile dziewiętnastolatka może być. Oczywiście, zgodnie z prawidłami gatunku, dziewczyna ma niezwykłe zdolności i przeznaczenie.
Jeśli chcecie przeczytać tę książkę, bo kusi Was postać hrabiny Batory, to powstrzymajcie się. Krwawa hrabina pojawia się dopiero w ostatnich rozdziałach i jest dość sztampowym villain of the week. Fabuła kręci się wokół Pandory i Celii, widać, że ich wątek bardziej Autorkę ciekawi. Zakończenie jest pospieszne i mało finezyjne. Prawdę mówiąc, hrabina jest w fabule niepotrzebna, Atanazja wystarczyłaby za szwarccharakter.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Saga księżycowa Scarlet

Temperatura spadła wreszcie do poziomu, przy którym mój mózg znowu funkcjonuje, więc mogę się z Wami podzielić przemyśleniami na temat ostatnich lektur.
grafika z goodreads.com
Na Scarlet czekałam z utęsknieniem od kiedy przeczytałam Cinder. Ale poprosiłam o nią na imieniny, musiałam więc wytrwać do końca lipca. Kiedy wreszcie dostałam, przeczytałam w ciągu jednego dnia, ciesząc się każdym słowem.
Uwielbiam, kiedy książki są takie.
Fabuła była dość przewidywalna, ale w końcu to futurystyczna wersja Czerwonego Kapturka, ciężko o rewolucyjny zwrot akcji. Chociaż, jak pokazuje końcówka, nawet jeśli twój los jako bohatera baśni jest z góry przesądzony, zawsze możesz spróbować go zmienić. Kilka tajemnic z Cinder znajduje rozwiązanie, inne jeszcze nie, dochodzą nowe. Kroniki przestają być opowieścią o dziewczynie-cyborgu zakochanej w przystojnym księciu, teraz chodzi o coś znacznie więcej.

niedziela, 21 lipca 2013

Złoty most


Druga część przygód Anny podobała mi się zarazem bardziej i mniej niż Magiczna gondola. Historia była bardziej przewidywalna, jeśli zna się fabułę Trzech Muszkieterów, łatwo było domyślić się, co będzie dalej. Na szczęście, Autorka dodała kilka zaskakujących elementów, dzięki którym opowieść była dla mnie miło znajoma, a nie nużąco wtórna. Chociaż mogłoby być w niej więcej kardynała Richelieu.


Szkoda, że Autorka nie pokusiła o stworzenie nowej fabuły, tylko skorzystała ze sprawdzonego schematu. Mniej więcej w połowie książki wiedziałam kto jest kim. Dlatego wątek Henri nie zaskoczył mnie ani trochę, szanowna Autorko, sztuczka z niedołężnymi staruszkami wychodzi tylko raz na serię ;).
Tak jak w przypadku Wenecji, Paryż został opisany bardzo szczegółowo i z polotem. Jest to jeden z moich ulubionych elementów serii o podróżnikach w czasie. W Złotym moście odwiedzamy wraz z bohaterami sklepy, karczmę, teatr, pałace i domy paryskiej biedoty. Wydaje mi się, że Autorka była tez bardziej konsekwentna, jeśli chodzi o stylizację wypowiedzi.
Mam wrażenie, że Anna nieco zgłupiała. Nadal jest rozsądną dziewczyną, poszukującą wyjścia z każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji, ale stała się zatrważająco naiwna. Może nie rzuciło by mi się to w oczy tak bardzo, gdyby Złoty most rozgrywał się bezpośrednio po pierwszym tomie, ale między nimi minęło półtora roku. W przypadku nastolatków to strasznie dużo czasu na zmiany i rozwój, po niej zaś tego nie widać.
Złoty most podobał mi się i z chęcią sięgnę po trzeci tom. To naprawdę kawał porządnej literatury dla młodzieży, a Anna jest naprawdę fajną, choć niekiedy irytującą, bohaterką. Owszem, mam zastrzeżenia, ale zalet jest więcej niż wad.


wtorek, 16 lipca 2013

Zoe Marriott Królestwo Łabędzi


Aleksandra i jej bracia wiodą beztroskie życie na królewskim dworze swojego ojca. Jednak rodzinna sielanka pryska nagle, gdy królowa ginie z łap okrutnej bestii, a król powtórnie się żeni – z kobietą, która nienawidzi pasierbów. Po nieudanej próbie odkrycia mrocznych tajemnic macochy Aleksandra zostaje wywieziona do ponurej krainy Midland, jej bracia zaś wygnani z Królestwa. Aby odmienić zły los i odzyskać braci, Aleksandra musi odnaleźć w sobie niezwykłą moc, którą czerpie z sił przyrody. Pomocny okaże się także tajemniczy książę Gabriel, z którym dziewczynę połączy gorące uczucie.
opis znaleziony TUTAJ

To było naprawdę szybkie! Przeczytałam Królestwo Łabędzi w ciągu jednego popołudnia, nawet niespecjalnie się starając. Trzeba przyznać, że akcja porusza się całkiem szybko, a całość nie jest długa (choć w przypadku ebooków zawsze mam kłopot z oceną długości). 


Zawiodłam się na tej książce. Być może oceniłabym lepiej, gdybym nie czytała jej zaraz po Złotym moście Evy Voller. Królewna Aleksandra wypada bardzo blado i płaczliwie przy Annie. Nie lubię bohaterek, które dają się przestawiać z kąta w kąt i tylko płynął z nurtem, płacząc przy tym, jakie to one są nieszczęśliwe. Aleksandra popełnia błąd za błędem, co nie byłoby złe, gdyby w finale stanęła na wysokości zadania. A tak nie jest.
Denerwowała mnie też jej naiwność. Aleksandra łyka wszystko jak młody pelikan, nie kwestionując niczego. Bez zastrzeżeń wierzy ciotce, ojcu, matce. Wydawać by się mogło, że osoba tytułowana mądrą i bystrą będzie chciała dotrzeć do prawdy. Nic z tego.
Jej pierwowzór, czyli Eliza z baśni Andersena jakoś bardziej przypadła mi do gustu.
Podobał mi się świat przedstawiony, chociaż wymaga, moim zdaniem, dopracowania. Zwłaszcza nazwy miejsc. Autorka wymyśliła dla złej macochy z baśni historię, która tłumaczy motywy jej działania, co bardzo mi się podobało, dodała też kilka nowych postaci, jak siostra zmarłej królowej. Szkoda, że nie rozwinęła bardziej ich historii, kilkoro wyglądało na interesujących bohaterów. I co się stało z klaczą? (Tak, jestem dziwna i zawsze przejmuje mnie los zwierząt w książkach i filmach).
Podsumowując, Królestwo Łabędzi to szybkie, ale dość przeciętne czytadło. Szybko wchodzi, ale równie szybko wypada z pamięci. Być może młodszy i mniej wymagający czytelnik będzie miał dużo radości z lektury, dla mnie był to tylko umilacz czasu, kiedy czekałam na Męża. 

PS. Opis ze strony wydawcy streszcza jakieś dwie trzecie akcji, może nawet więcej. Ja wiem, że w przypadku ponownego opowiadania znanej baśni nie ma mowy o suspensie, ale przecież istnieją ludzie, którzy mogą baśni Andersena nie pamiętać.

piątek, 12 lipca 2013

Eva Voller Magiczna gondola


Po książkę sięgnęłam zachęcona licznymi pozytywnymi recenzjami w blogosferze. Podobał mi się pomysł podróży w czasie do renesansowej Wenecji, do której od czasu Wampira Armanda mam duży sentyment.

Na początku Anna nie przypadła mi do gustu, ale uznałam, że moja jestem po prostu za stara na bohaterkę, która przeżywa okres burzy i naporu i chlipie za swoim ipodem. Jednak mniej więcej w jednej trzeciej zaczęłam darzyć ją sympatią. Jak wielokrotnie podkreślałam, lubię bohaterki, które coś robią. Anna stara się jak może by znaleźć wyjście z sytuacji, w której się znalazła. Szybko się uczy, jest praktyczna, co pozwala czytelnikowi z czystym sumieniem jej kibicować. Ani razu nie chciałam jej topić w kanale za głupotę.
Wątek romansowy, choć wyskoczył na mnie jak diabeł z pudełka, też przypadł mi do gustu. Bohaterowie zamiast gapić się na siebie szczenięcym wzrokiem, robią coś razem, a ratowanie sobie nawzajem życia zbliża ludzi.
Autorka zaskoczyła mnie realistycznym opisem świata. Bardzo często gdy bohaterowie udają się do przeszłości, jest ona mocno wyidealizowana i czysta. Tymczasem Wenecja w Gondoli jest realistyczna- miasto śmierdzi, śmierdzą jego mieszkańcy, trzeba uważać co się je i pije, a higiena to przywilej i oznaka bogactwa. Autorka pokazuje nam pełny, albo prawie pełny, przekrój społeczny, Anna, wychowana w czystej współczesności, najbardziej tęskni za mydłem i dezodorantem.
Wielka szkoda, że nie udało się utrzymać stylizacji języka. Gdzieś w środku książki wszystkie postacie zaczynają brzmieć strasznie współcześnie, by pod koniec znowu wrócić do renesansowej maniery. Nie przeszkadza to w odbiorze, ale odebrało mi trochę przyjemności z lektury.
Zaopatrzyłam się już w drugi tom, którego opis brzmi o wiele ciekawiej (kardynał Richelieu!).

czwartek, 20 czerwca 2013

Lady of Devices Shelley Adina


Okazuje się, że można napisać bohaterkę, która jest dzielna, potrafi o siebie zadbać i nie boi się komuś przyłożyć. I która nie zakochuje się w nikim przez cały tom. Co zadziwiające, takie damy najczęściej noszą gorsety i kilka halek. Tak jakby autorom łatwiej było wyobrazić sobie bojową piękność z londyńskiej socjety, niż współczesną nastolatkę (jedna Katniss czy Dru nie czynią żadnej pory roku).
Lady Claire Trevelyan jest właśnie taką postacią. Claire ma osiemnaście lat, dopiero co  skończyła szkołę i marzy o studiowaniu inżynierii. Jej matka ma zgoła inne plany, córka ma w trakcie Sezonu w Londynie znaleźć odpowiedniego kandydata i zaręczyć się przed jesienią. Plany jednej i marzenia drugiej zostają zniszczone, kiedy wicehrabia St.Ives, ojciec Claire, bankrutuje i popełnia samobójstwo. Pozostawione same sobie, panie muszą sobie radzić. Kiedy Claire zostaje sama w Londynie by dopilnować sprzedaży domu, uznaje to za swoją wielką szansę na znalezienie pracy i zebranie pieniędzy na studia. I tak jakoś przypadkiem staje się przywódczynią gangu.
Książkę czyta się szybko i łatwo, kiedy już oswoimy się z całym steampunkowym słownictwem. Nie ma go dużo, a Autorka nie zarzuca czytelnika opisami niezwykłych wynalazków, pokazuje codzienne przedmioty. Dużo się dzieje, wydarzenie goni wydarzenie, jest dużo humoru. Zdziwił mnie nagły koniec książki, chociaż w pewnym sensie był on logiczny (bohaterka dokonała ważnego wyboru). Jednak Autorka wrzuciła Claire w sytuację niemal bez wyjścia, z przyjemnością przeczytam kolejny tom, żeby dowiedzieć się, jak ona z tego wybrnie.
Owszem, czasem ciężko uwierzyć w niektóre wypadki, a fabuła ociera się o absurd. Dopóki człowiek nie przypomni sobie, że Claire ma dopiero osiemnaście lat i praktycznie nie zna świata, więc ma prawo do błędów i szalonych decyzji. Osoba starsza i bardziej doświadczona raczej nie szłaby ciemną nocą w zaułki Londynu by odzyskać skradzione dobra.
Bohaterowie drugoplanowi są wyraziści, choć typowi. Mamy tu wredne koleżanki z klasy, bandę uliczników, którzy wcale nie są tacy źli, lorda-drania, rozmarzonego naukowca, związaną konwencjami matkę oraz dobrych i mądrych służących. Ważną postacią jest kura Rosie, źródło jedzenia oraz więzi między bohaterami.
Zdziwił mnie, pozytywnie!, brak wątku romantycznego. Niby coś tam się kluje, ale bardzo delikatnie. Podobało mi się jak zdroworozsądkowo reaguje Claire. Owszem, lord Selwyn jest przystojny i bogaty, ale zachowuje się impertynencko i bohaterka wcale nie czuje do niego mięty.
Czy polecam? Polecam jak najbardziej. Zwłaszcza, że pierwszy tom w formie ebooka kosztuje na Amazonie mniej niż dolara (tutaj LINK).

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Diabelskie Machiny Cassandra Clare

nadal nie wiem, kto to ma być. Will?
Ale Will podobno jest piękny 
Mechaniczny anioł i Mechaniczny Książę to dwa pierwsze tomy, osadzonej w wiktoriańskim Londynie, trylogii Cassandry. Wiktoriański Londyn to dość żebym przynajmniej spróbowała przeczytać.
Pierwszy tom czytało się bardzo dobrze, fabuła, choć przewidywalna, dziarsko parła na przód, postacie były całkiem sympatyczne, a Londyn klimatyczny. Ostatnie rozdziały przeczytałam ciągiem, bardzo chciałam się dowiedzieć co się wydarzy.
W drugim tomie środek ciężkości przenosi się z akcji na uczucia. Wszyscy mają problemy, każdy kogoś kocha, ma wątpliwości, wszyscy snują się w oparach melancholii, a gdzieś tam w tle czai się główny zły i chichocze. O ile poszczególne wątki są urocze, to razem stają się niestrawne. Poza tym, pojawiają się dziury i idiotyzmy fabularne. 
Przeniesienie akcji do XIX wieku zdecydowanie wyszło powieści na dobre. Ciężko narzekać na seksizm niektórych postaci, czy skrupuły bohaterek, skoro są one jak najbardziej zgodne z
Zakładam, że to Tessa
ówczesną moralnością. O ile część mieszkańców londyńskiego Instytutu jest płaska (Jessamine), inni zwłaszcza bohaterowie drugoplanowi, są opisani naprawdę ciekawie. Podobały mi się też wszystkie postacie Podziemnych, zwłaszcza pewien wilkołak ;).
Fani pierwszej serii, Darów Anioła, będą mieli dodatkową gratkę- bohaterowie są w większości przodkami postaci występujących w Miastach. 
Fanów XIX wiecznej prozy na pewno ucieszą liczne cytaty i nawiązania, w dodatku umieszczone z sensem. Osobiście radośnie szczerzyłam się do każdej sceny, w której występował Woolsey Scott, doprawdy, brakowało mu tylko zielonego goździka w klapie.
Tłumaczenie w wykonaniu Maga jest dobre, nie zgrzyta przy czytaniu, chociaż znalazłam parę niezręczności. Zaskoczyła mnie ilość przecinków, ale zdaje się, że Autorka po prostu ma taki styl. Za to ja zgrzytam zębami, patrząc na okładki. Oryginalne podobają mi się... o wiele bardziej. Ale chyba wszystkie książki Cassandry Clare uszczęśliwiono w Polsce taką szatą graficzną,  więc Magowi należy się plus za konsekwencje. 

Czy przeczytam trzeci tom? Tak, kiedy wyjdzie polskie tłumaczenie. Pierwszy tom podobał mi się bardzo, drugi o wiele mniej. Obawiam się o trzeci, ale głupio zostawić tak serię niedokończoną.  

Co było złego w tej okładce?
Jest ładna, klimatyczna, od razu wiadomo kogo przedstawia.