Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2015

Oglądam polski serial! Pierwsze wrażenia z 1815 vlog

1815 vlog to kostiumowy serial internetowy w formie vlogów, gdybyście się nie domyślili. O ile większość oglądanych przeze mnie filmów to uwspółcześnione wersje klasyki, to 1815 to oryginalna historyczno-fantastyczna opowieść. Po polsku w dodatku. Zaintrygowana i pełna obaw (po polsku i amatorska ekipa brzmiało trochę jak przepis na katastrofę), obejrzałam pierwszy odcinek. 

sobota, 29 sierpnia 2015

Malkontenci dający mnóstwo radości

O serialu usłyszałam pierwszy raz  podcaście Myszmasz,w którym Kamil opisał go jako ideał dla wdów i wdowców po Firefly (na tyle podobny, że budzi sympatię, na tyle inny by  się nie zlewać). Jeśli nie widzieliście Firefly, to bardzo specyficzny serial science fiction, w którym bohaterom zdarza się jeździć na koniach i napadać na dyliżanse. I nie, nie przenoszą się w czasie by to zrobić.

Killjoys jest bardzo podobny o tyle, że pokazuje światy zacofane cywilizacyjne i ma podobny klimat przygody. Zamiast sterylnych korytarzy i robotów mamy chaty z bali, zniszczone fabryki i pojazdy spalinowe. Częściowo jest to zapewne podyktowane budżetem, ale zostało wykorzystane do stworzenia klimatu. Sprawia, że przygody mają posmak westernów i Indiany Jonesa.
No dobrze, ale o czym to jest? O trójce łowców nagród, pracujących w układzie planetarnym na skraju rewolucji klasowej, którzy próbują pozostać neutralni. Mamy Dutch, szefową i kobietę z tajemniczą przeszłością, oraz dwóch braci, Johna i D’Avina Jaqobis, którzy też mają swoje tajemnice i problemy. Oczywiście, ta neutralność nie bardzo bohaterom wychodzi wychodzi. A przy tym serial ładnie rozgrywa konflikty i relacje między nimi. Dutch jest silną bohaterką, nie będąc jednocześnie kobietą ze stali, D’Avin dopiero uczy się być cywilem, a John Jaqobis jak być dobrym człowiekiem. I mamy tu damsko-męską przyjaźń, która pozostaje przyjaźnią.

When I say “I love you,” it is not because I want you or because I can’t have you. It has nothing to do with me. I love what you are, what you do, how you try. I’ve seen your kindness and your strength. I’ve seen the best and the worst of you. And I understand with perfect clarity exactly what you are. You’re a hell of a woman.- John Jaqobis


Nasi bohaterowie są otoczeni przez grupę naprawdę ciekawych postaci drugoplanowych. Westerley to miejsce podobne Dzikiego Zachodu, gdzie lepiej nie zadawać zbyt wiele pytań, a każdy skrywa mroczny sekret. Mamy żądną władzy przedstawicielkę klasy wyższej, tajemniczą panią doktor, steranego życiem dowódcę garnizonu, przywódcę kultu religijnego.
Jedna z ładniejszych scen w filmie. I, drodzy scenarzyści, jeśli chcecie umieścić w swoim świecie jakiś kult płodności/burdel/surogatki, to zróbcie to tak jak KIlljoys. Tworząc bohaterki, nie popychacze fabuły.
Bohaterowie kupili mnie od pierwszego odcinka. Klimat, przypominający Firefly, ale nie będący kalką też. Fabuła, która wydawała się standardowa, skręciła w pewnym momencie w poważniejsze rejony, zmuszając widza do zadania sobie kilku ważnych pytań.
Włożono naprawdę dużo wysiłku w tworzenie świata przedstawionego i to widać. Podobało mi się, że bohaterowie nie bujają się po całej galaktyce, pozwala to pokazać różne aspekty jednej społeczności. Religia, jedzenie czy zwyczaje przestają być barwnym obrazkiem stają się ważnym elementem codzienności, a bohaterowie nie mogą tak po prostu wsiąść na statek i uciec. A wszystko podkreśla ciekawa muzyka. Nie jest to mój ulubiony gatunek, ale tu pasowała.

Czy serial ma wady? Podobno tak ;). Luke Macfarlane gra nieco drewnianie, ale w sumie pasuje to do postaci. Chwilami widać, że serial nie miał wielkiego budżetu, choć i tak jest o niebo lepiej niż w siostrzanym Dark matter, gdzie widzimy głównie takie same korytarze. Swoją drogą, nie polecam oglądania tych dwóch seriali jednocześnie, korzystają z bardzo podobnych rozwiązań fabularnych i można mieć przesyt albo mylić fabuły.
Spróbujcie, pierwszy sezon Killjoys ma tylko dziewięć odcinków, można na upartego obejrzeć w jeden wieczór. Ja bawiłam się wyśmienicie i liczę na drugi sezon. Brakuje mi Johna.

wtorek, 23 czerwca 2015

wtorek, 9 grudnia 2014

To tylko kolejna Apokalipsa, czyli rozczarowanie Constantinem

Constantine był jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie seriali. Co prawda, komiksów nie czytałam, ale bardzo podobała mi się seria o Felixie Castorze, dziejąca się w tym samym uniwersum. Pilot nieco ostudził mój entuzjazm, ale nadal czekałam. I, niestety, bardzo się rozczarowałam. Kuleje właściwy każdy aspekt, poza głównym bohaterem. 

sobota, 14 czerwca 2014

Serialowa sobota- Dawno dawno temu


Dawno dawno temu to serial, który powinnam pokochać z całego serca. Uwielbiam opowiadanie baśni na nowo. Dwa pierwsze odcinki były zresztą bardzo zachęcające. A potem zaczęły się schody.


Nie do końca pasowała mi wizja twórców, zwłaszcza koszmarne kostiumy głównych bohaterek w wersji baśniowej (futerko na ramionach Śnieżki, Maleficiant z fryzurą na starszą panią czy koszmarne stroje Królowej).  W serialu poświęconym baśniom brakowało atmosfery niezwykłości (i nawet nie wspominajmy o efektach specjalnych). Dopiero pojawienie się Augusta i wejście w prowadzącą do finału linię fabularną, wyrwało serial z marazmu, a to trochę późno. Ostatni plot twist mi się podobał, ale pewnie zrobiłby większe wrażenie, gdybym nie widziała wcześniej Maleficiant.

wtorek, 27 maja 2014

Serialowa sobota- No pleasure in your kiss, Dracula


Teoretycznie, serial miał wszystko co trzeba by mnie uszczęśliwić- historię będącą właściwie samograjem, przystojnego aktora w roli głównej, zdjęcia zapierające dech w piersiach i piękną muzykę. A jednak był zupełnie nijaki.

Przyznam, że początek mi się podobał. Twórcy ryzykownie wymyślili historię Draculi od nowa, czyniąc go Amerykaninem, przedsiębiorcą, który chce zawojować Anglię. Dołożyli jeszcze tajne stowarzyszenie walczące z wampirami, ciekawe relacje między postaciami, klimat jak ze starych seriali. Po czym uznali, że to wszystko betka, lepiej pójść szlakiem przetartym przez Coppolę i wrzucić romans z reinkarnacją w tle.
Podobały mi się relacje między van Helsingiem, Reinfieldem (dla mnie gwiazda tego serialu) i Draculą. Byłam ciekawa, czy wampirowi uda się zdobyć Londyn. Nawet mocno przerysowany tajny zakon mi nie przeszkadzał.

wtorek, 25 marca 2014

Serialowa sobota- Dwie spłukane dziewczyny


Przyznam, że  do sitcomów podchodzę bardzo ostrożnie. No bo ile ciekawej historii można zmieścić w dwudziestu minutach? Zwłaszcza jeśli trzeba wyrobić normę gagów na minutę. Zazwyczaj jest tak, że Mąż zaczyna oglądać, a ja dołączam w trakcie. Albo nie. 

Dziewczyny od początku budziły we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony uważam je za okropny serial, z drugiej często nie mogę przestać się śmiać i uważnie śledzę opowiadaną historię. Duża w tym zasługa odtwórczyń głównych bohaterek, zwłaszcza Kat Dennings (dopiero po kilku odcinkach zorientowałam się, skąd znam ten głos i gdzie ją widziałam), które tworzą parę przyjaciółek, ale bez lukru właściwego komediom romantycznym. 

poniedziałek, 3 marca 2014

Serialowa sobota- Castle


Dziś postanowiłam napisać o serialu, który lubię. (Tak naprawdę miało być o Arrow, który chciałam opisać i porzucić, ale pojawienie się John’a Barrowman’a mnie powstrzymało.) Nie oglądam go regularnie, ale czasem, kiedy sobotnia pogoda jest wyjątkowo ponura, z radością odkrywam, że mam pól sezonu Castle’a do obejrzenia.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z fanpop.com
Serial to z jednej strony procedural, z drugiej czerpie inspirację z takich serii jak „Napisała morderstwo”. Mamy twardą panią detektyw, mamy nieco lalusiowatego, ale uroczego pisarza, który szuka inspiracji. Jest zwariowana rodzinka i gapowaci podwładni. W pierwszych sezonach, pojawiała się też grupa pisarzy, omawiająca z Richardem Castle’em jak przełożyć śledztwo na powieść.

sobota, 22 lutego 2014

Serialowa sobota- Teoria wielkiego podrywu

Dzisiaj będzie o kolejnym serialu, któremu, moim zdaniem, skończył się termin przydatności. The Big Bang Theory (Teoria Wielkiego Podrywu) zaczynało jako serial o grupie geeków- młodych naukowców z poważnymi problemami uczuciowymi, by w pewnym momencie stać się klonem Przyjaciół.
Najnowsze zdjęcie promocyjne. Wszystkie grafiki użyte w pocie pochodzą z tumblr.com
TBBT to typowy sitcom, odcinki są krótkie, nie ma właściwie scalającej je historii. Od innych tego typu produkcji odróżnia ją specyficzny humor, w końcu wszyscy bohaterowie mają wykształcenie wyższe, i Sheldon Cooper. Sheldon to współczesna wersja naukowca, którego „tylko jeden wypadek z laboratorium dzieli od zostania super złoczyńcą”. Duża część humor serialu opiera się na niezrozumieniu przez niego typowych ludzkich relacji. Pozostała pokazuje naukowców/geeków kontra normalny świat. W sumie oglądałoby się to miło, ale....

poniedziałek, 17 lutego 2014

Serialowa sobota- Jak poznałem Waszą matkę?


Serial komediowy opowiadający najpierw o młodym architekcie poszukującym Tej Jedynej, potem o grupie przyjaciół, do której Ted Mosby należy. Jeden z najdłuższych seriali, jakie oglądałam, właśnie kończy się ostatni, dziewiąty sezon. Na szczęście.

Słynny żółty parasol, nieoficjalny symbol Matki
 Na szczęście, bo JPWM to przykład serialu, który trwa za długo. Formuła wyczerpała się jakiś czas temu, a Ted przestał być słodkim, nieco zagubionym facetem, jego zachowania chwilami ocierało się o psychozę. Twórcy postanowili ratować się, przerzucając ciężar opowieści na inne postacie. O ile perypetie małżeńskie Lily i Marshalla czy wyboiste życie uczuciowe Barneya i Robin były interesujące, niekiedy śmieszne, to przecież nie miała być to opowieść o nich, a o tym jak Ted Mosby poznał matkę swoich dzieci. 

sobota, 8 lutego 2014

Serialowa sobota- Banshee

Banshee. Serial, który miał poszerzyć ofertę programową Cinemaxu. Mocna rozrywka, z pięknymi kobietami, enigmatycznym bohaterem i wartką akcją. Polecany przez pewnego polskiego pisarza. Miało być pięknie. Wyszło jak wyszło.
Gdybym wiedziała wcześniej, że twórcy serialu są odpowiedzialni za Czystą krew, uniknęłabym kilku rozczarowań. 
Serial dzieje się w fikcyjnym miasteczku Banshee, w Pensylwanii. Po odsiedzeniu piętnastu lat wyroku, tajemniczy skazaniec a jednocześnie główny bohater (nigdy nie poznajemy jego prawdziwego imienia) przyjeżdża tu by odzyskać łup i ukochaną. Na miejscu okazuje się, że nie jest tak różowo- ukochana ma męża i dzieci, i wcale nie ma zamiaru porzucać wszystkiego dla dawnego wspólnika/kochanka. Nasz bohater przyjmuje nową tożsamość i zostaje szeryfem. Ma mnóstwo nowych problemów, stare też nie dają o sobie zapomnieć. 
To dość naturalny stan dla głównego bohatera.
Banshee to serial strasznie nierówny. Pierwsze trzy odcinki oglądałam z entuzjazmem, podobała mi się fabuła, klimat małego miasteczka, targanego konfliktami (w Banshee jest indiański rezerwat i wspólnota Amiszy) i główny bohater. Około szóstego odcinka regularnie waliłam ręką w czoło, apogeum głupoty to odcinek ósmy. Dwa ostatnie obejrzałam z obowiązku. O dziwo, dziesiąty był na tyle dobry, że rozważam zabranie się za drugi sezon.

Nowy Orlean spotyka Nowy Jork. Moja ulubiona para bohaterów.
Co mi się podoba? Początkowa fabuła, bohaterowie drugoplanowi i klimat. Relacje między policjantami w Banshee, którzy tworzą zgraną ekipę. Oraz ukraińska mafia mówiąca nawet po ukraińsku. Banshee nie ucieka od trudnych tematów. Nie ze wszystkimi radzi sobie dobrze, ale przynajmniej próbuje. Problemy mniejszości, wiara, przynależność i wykluczenie ze społeczności, zaufanie, oraz zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością. Bohaterowie nie mają tendencji do szybkiego wybaczania, nadstawiania policzka, problemów nie rozwiązuje się w pięć minut.

Policjanci z Banshee. A zdjecia stąd
Anthony Starr, twardy i psychopatyczny złodziej, ma spojrzenie uroczego szczeniaczka, któremu ciężko się oprzeć. Ulrich Thomsen i Ben Cross są naprawdę dobrzy jako ci źli (ale jak wiadomo, najlepszych filmowych złoczyńców grają Anglicy (lub Duńczycy)). Budzą współczucie widza, ale nie ma wątpliwości, że lepiej z nimi nie zadzierać.
Najlepsza jest jednak para Hiob i Sugar, nowojorski transwestyta i małomiasteczkowy bokser. Panowie na początku bardzo się nie lubią, potem lubią się trochę bardziej, ale zawsze współpracują.

Od razu widać, że temu panu nie można zaufać. Źródło
Co zepsuto? Hmm. Postać Anastazji, która na początku bardzo mi się podobała w szóstym odcinku nagle wykonała woltę i stała się inną osobą. Paru innym postaciom też się to przydarzyło. Drażniła mnie ilość seksu. Nie mam nic przeciwko scenom erotycznym, ale po co ścigać się z HBO? No i ten nieszczęsny odcinek ósmy, gdzie wydarzyło się kilka ważnych rzeczy, ale nie wiemy co dokładnie, bo twórcy woleli pokazać nam dłuugą walkę Anastazji z Olkiem. Przez co widz nie ma pojęcia jakie są stosunki Hood'a z FBI, a to ważne dla dalszego rozwoju fabuły.

Bohaterowie z najbardziej nieskładną fabułą. A szkoda, bo na początku im kibicowałam. Zdjęcie
Czy obejrzeć? Można, dziesięć odcinków to niewiele, pierwszą połowę ogląda się dobrze, druga zgrzyta, ale ostatni odcinek nieco to wynagradza.


sobota, 1 lutego 2014

Serialowa sobota- Sleepy hollow


Sleepy Hollow nie powinno mi się podobać. Udaje horror, dziury w fabule są właściwie nie do przeskoczenia, a logika, delikatnie mówiąc, czasami zawodzi. Poza tym samo założenie, że Bezgłowy Jeździec to jeden z Jeźdźców Apokalipsy do mnie nie przemawia. Mimo to oglądam od pierwszego odcinka z dużą radością. Dlaczego?

Zaszalałam w tym wpisie z gifami, przepraszam. Oraz po tym obrazku wkraczacie w krainę spoilerów, beware!
1.       Będąc młodym Indianą Jonesem. Jestem fanka filmów typu Indiana Jones czy Skarb Narodów. A Sleepy Hollow ma w sobie te wszystkie elementy, które kocham- tajemnicze grobowce, wskazówki, które trzeba odnaleźć, pościgi i przemądrzałych bohaterów.

sobota, 25 stycznia 2014

Proszę przestać udawać, że nazywa się pan Sherlock Holmes

Pomysł by Sherlock był trzeźwiejącym narkomanem, choć bardzo niekanoniczny, nie jest zły. W innych okolicznościach mógłby wyjść z tego naprawdę dobry serial. Jednak z powodu rozwodnionej na dwadzieścia kilka odcinków fabuły, niedobranej pary głównych bohaterów, wyszedł serial nijaki.

Wpis jest wolny od spolerów i dotyczy tylko pierwszego sezonu serialu. W związku z tym nie w nim ani słowa o Irene, Mycrofcie czy Sebastianie Moran.
Fabularnie jestem zawiedziona, Elementary ma strukturę typowego procedurala. Niektóre odcinki są ciekawe, ale inne rozczarowują, nie jako odcinki serialu detektywistycznego, ale serialu o Holmesie. Mam też zastrzeżenia do rozkładu wątków. Nie rozumiem, czemu decyzja Joan czy zostać detektywem, czy kontynuować karierę towarzysza w trzeźwości została wepchnięta gdzieś w środek, zamiast trafić do finału. Mamy uwierzyć, że ona i Holmes są równorzędnymi partnerami, ale konstrukcja fabuły pokazuje, kto tu jest ważny.


Sherlock Holmes w wersji JLM to normalny facet z kilkoma odchylam i wyglądem nieudacznika. Ciężko mi uwierzyć, że inni bohaterowie pozwalają mu tak sobą pomiatać, spełniają zachcianki. Brakuje mu charyzmy, geniuszu by porwać widza. Nie jest to wina aktora, Sherlock nie jest źle zagrany, ale scenariusza. tak bardzo starano się uwspółcześnić Holmesa, że stracił całą magię.
Nie wiem czemu kostiumolog nie lubi JLM, ale ubiera go koszmarnie, w dodatku aktor staje tak, by mieć brzuszek. Jest różnica między człowiekiem nie zawracającym uwagi na ubiór, a niemającym gustu.

To jeden z lepszych strojów Sherlocka, obawiam się
Mam wrażenie, że autorzy po tym jak wpadli na pomysł by Watson była kobietą, przestraszyli się romantycznej chemii między bohaterami i na wszelki wypadek wyprali relacje głównej pary z emocji. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że nastąpiła pomyłka i to Sherlock powinna być kobietą. Lucy Liu idealnie nadaje się do grania osoby emocjonalnie zdystansowanej. Ale chyba jeszcze za wcześnie na tak rewolucyjne pomysły.
W Elementary nie ma Grega Lestrade'a, mamy za to kapitana Gregsona, moją ulubioną postać. Policjant jest charyzmatyczny, błyszczy w każdej scenie, miło się go ogląda. Przy tym jest głosem zdrowego rozsądku i troszczy się o współpracowników. Swoich i Holmesa, wyraźnie przejmuje się losem Lucy. 

Zdecydowanie lepiej ubrany od głównego bohatera
A teraz będzie o rzeczy, której strasznie w serialach nie lubię czyli diabłach z pudełka- bohaterowie drugoplanowi, którzy niby są ważni, a pojawiają się tylko na moment jako plot device i znikają. Przyjaciele Joan i jej terapeutka to najlepsze przykłady, pojawiają się w jednym/dwóch odcinkach, wygłaszają ważne kwestie, a potem rozpływają się w powietrzu. Mając dwadzieścia parę odcinków można pięknie pokazać relacje bohaterów z innymi ludźmi. szkoda że autorzy poszli na łatwiznę.
Ale trzeba pochwalić twórców za rodzinę Joan Watson. Chociaż zmiana ich stosunku do jej pracy po jednej rozmowie z Holmesem była tyleż urocza, co naiwna. Należy nadmienić, że Sherlock też ma rodzinę, ale rozegraną nieco gorzej. Wiecznie nieobecny ojciec, to przecież klasyka jeśli chodzi o bohaterów z problemami.   


Gdyby to  nie był serial o Sherlocku, zapewne nie oceniałabym go tak surowo. I skończyłabym oglądania po dwóch pierwszych odcinkach, nie lubię bowiem rzeczy nijakich. A tak przebrnęłam przez jeden sezon i szczerze mówiąc, na drugi nie mam na razie ochoty. Zabrakło magii, błysku geniuszu.

wtorek, 4 października 2011

Odzyskuję wiarę w polskie seriale



I nie czuję jak rymuję ;).
Czasem zdarza mi się znaleźć w pobliżu odbiornika telewizyjnego, ba, nawet coś obejrzeć. Zapowiedź serialu Układ Warszawski zauważyłam na pewnym niedzielnym obiedzie. I stwierdziłam, że zaryzykuję.
Polskie seriale zazwyczaj mnie nudzą. Oklepane wątki, kiepskie prowadzenie historii, ci sami aktorzy, kiepski montaż i odrealniona sceneria. Ostatnim, który mi się podobał, była Ekipa.