Unbreakable jest reklamowane hasłem Supernatural meets The Da Vinci Code, które po pierwsze jest nieprawdą, po drugie może odstraszać czytelników. Moim zdanie, tylko pierwsza część hasła jest prawdziwa, więc jeśli lubicie serial i szukacie szybkiej, lekkiej lektury, powinno się Wam spodobać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po angielsku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po angielsku. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 5 października 2015
piątek, 24 lipca 2015
Nie oceniaj książki po okładce, recenzja Eva Darrows The awesome
Annathea
13:06
No comments
The Awesome
zaczyna tak samo jak Coś do stracenia.
Bohaterka ma dość bycia dziewicą i postanawia zająć się problemem. Tylko, że
Maggie ma siedemnaście lat i poluje na potwory, a pozbycie się big V-card pozwoli jej polować na
wampiry (w tym świecie wampiry dostają fioła czując krew dziewicy). Maggie
zatem ma genialny plan, uda się na imprezę, wyhaczy jakiegoś gościa i pozbędzie
się problemu.
Oczywiście, plan nie wypala.
![]() |
środa, 22 lipca 2015
Nie powinnam czytać fluffu
Annathea
15:50
No comments
piątek, 30 stycznia 2015
Dobre urban fantasy nie jest złe (ale byłoby lepsze gdyby było po polsku)
Annathea
09:00
No comments
Jeśli zastanawialiście się, czym zajmuje się Mira Grant, kiedy nie pisze o
apokalipsie zombie albo nowych wirusach, to wiedzcie, że zajmuje się wtedy
wróżkami w San Francisco.
Używam słowa wróżki, ponieważ elfy kojarzą mi się zbyt tolkienowsko. Mało który bohater serii o October jest nieludzko piękny i mądry. Oraz, recenzja zawiera spoilery.
Seria o October Daye w tej chwili ma osiem tomów, a według Goodreads zaplanowano trzynaście. Główną bohaterką jest October Daye, changeling w służbie lokalnego księcia, która po czternastu latach wraca do San Francisco i stara się znaleźć miejsce dla siebie. Klasycznie, Toby staje się prywatnym detektywem, ale równie często musi zajmować się oficjalnymi sprawami zleconymi przez księcia.
Wszystkie tomy mają ciekawe, przemyślane fabuły. Pierwszy był najbardziej schematyczny, ale na tyle świeży i dobrze napisany, że przyjemnie się czytało. Drugi, zawierający między innymi wróżkową korporację informatyczną, czytało się jeszcze lepiej. A od trzeciego chwilami nie mogłam się oderwać. Podoba mi się postęp w pokazywaniu świata. Rosemary and rue daje czytelnikowi ogólny obraz i skupia na sytuacji życiowej Toby. Po lekturze wiemy kim jest i skąd się wzięła. W A local habitation dostajemy szerszy obraz świata, trochę polityki oraz struktury społecznej faerie, ich największe problemy cywilizacyjne. Trzeci zajmuje się mitami, oraz pokazuje powiązania między poznanymi już bohaterami, gdzieś tam majaczy większa intryga dotycząca pochodzenia Toby.
Świat przedstawiony w serii jest ciekawy, bogaty, a odkrywanie go stanowi wielką frajdę. Autorce udało się połączyć współczesne miasto z feudalnymi państwami fae tak, że całość nie zgrzyta. Wróżki mogą albo żyć w naszym świecie i pracować, albo przebywać tylko w Summerlands. Seria łączy różne folklory, kilka ważniejszych postaci ma japońskie korzenie, ale nie czuć w tym wysiłku. Przyznam, że nawet kiedy byłam mocno zirytowana poczynaniami bohaterki, czytałam dalej dla świata.
Bardzo podoba mi się jak wiele różnych osób ma w swoim otoczeniu Toby i jak wiele typów relacji zawiązuje. W przeczytanych przeze mnie trzech tomach October powoli zbiera sojuszników (i kilku wrogów. I nie zawsze są to potężne istoty, którym panna Daye nadepnęła na odcisk. Część z nich ma żal, że nie uratowała/nie pomogła im albo ich bliskim gdy prosili o pomoc). Sylvester Torquill, który troszczy się o October jako jej senior, stał się jednym z moich ulubionych postaci drugoplanowych we wszystkich seriach urban fantasy. Jestem też wielką fanką Spike’a, różanego goblina.
Brak też częstego w urban fantasy schematu „bohaterka kontra reszta kobiet”. Toby ma przyjaciółki, a większość kobiet w swoim otoczeniu traktuje przyjaźnie. Większość mężczyzn zresztą też. No i mimo feudalnej organizacji społeczeństwa, nikt nigdy nie próbował dyskryminować Toby ze względu na płeć. O ile wróżki są rasistowskie, nie są seksistowskie.
Jeśli ktoś bardzo lubi wątki romantyczne, pierwszy tom może go zwieść. October porządkuje w nim swoje życie i nie romanse jej w głowie, poznamy tylko przyszłego-niedoszłego kochanka bohaterki. Od drugiego coś zaczyna się rysować, ale Autorka nie spieszy się, dzięki czemu możemy poznać stosunki między bohaterami i obserwować rozwój relacji. W trzecim da się na końcu wyczuć lekki smrodek trójkąta miłosnego, ale nie uczucie nie spada na nikogo jak grom z jasnego nieba, nie ma krzyżujących się spojrzeń w Sali balowej/od biologii.
Czy w takim razie to seria bez wad? Oczywiście, nie. October jest irytująca. Są bohaterowie, jak Teodor Szacki, którzy mimo że wkurzający, budzą jednak moją sympatię. Toby do nich nie należy, najchętniej potrząsnęłabym nią porządnie i kazała się ogarnąć. Przez większość czasu panna Daye tylko reaguje na wydarzenia, nie potrafi przewidzieć rozwoju sytuacji (a zarabia na życie jako detektyw!). Od głównej bohaterki wymagam inicjatywy. Poza tym, bohaterka czasami denerwuje się dość przypadkowymi rzeczami albo takimi, które są charakterystyczne dla wróżek (jak mówienie zagadkami).
Wkurzają powtórzenia. Rozumiem, że w każdym tomie trzeba zawrzeć te same informacje dla nowych czytelników, ale naprawdę uważam za zbędne przypominanie mi pewnych reguł po dwadzieścia razy w jednym tomie. Toby ma też irytującą tendencję do biegania w tę i we wtę by rozwiązać sprawę. Drugi tom był pod tym względem najlepszy, bo dział się właściwie w jednym budynku, więc nie biegała zbyt daleko. Za to trzeci był klasycznym wręcz przykładem „O jedną podróż za daleko” i, moim zdaniem, An artificial night powinno się zakończyć na scenie nawiązującej do Tam Lina. Ostatnia wyprawa Toby do świata Ślepego Michaela była pozbawiona dramatyzmu i stawiała pod znakiem zapytania poświęcenie przyjaciół Toby.
Polecam i bardzo żałuję, że serii nie ma po polsku. Bo to kawałek świetnie pomyślanego, dobrze napisanego urban fantasy. Do ideału trochę mu brakuje, ale czyta się świetnie. Przynajmniej pierwsze trzy tomy, które miałam okazję przeczytać takie były.
Używam słowa wróżki, ponieważ elfy kojarzą mi się zbyt tolkienowsko. Mało który bohater serii o October jest nieludzko piękny i mądry. Oraz, recenzja zawiera spoilery.
Seria o October Daye w tej chwili ma osiem tomów, a według Goodreads zaplanowano trzynaście. Główną bohaterką jest October Daye, changeling w służbie lokalnego księcia, która po czternastu latach wraca do San Francisco i stara się znaleźć miejsce dla siebie. Klasycznie, Toby staje się prywatnym detektywem, ale równie często musi zajmować się oficjalnymi sprawami zleconymi przez księcia.
Wszystkie tomy mają ciekawe, przemyślane fabuły. Pierwszy był najbardziej schematyczny, ale na tyle świeży i dobrze napisany, że przyjemnie się czytało. Drugi, zawierający między innymi wróżkową korporację informatyczną, czytało się jeszcze lepiej. A od trzeciego chwilami nie mogłam się oderwać. Podoba mi się postęp w pokazywaniu świata. Rosemary and rue daje czytelnikowi ogólny obraz i skupia na sytuacji życiowej Toby. Po lekturze wiemy kim jest i skąd się wzięła. W A local habitation dostajemy szerszy obraz świata, trochę polityki oraz struktury społecznej faerie, ich największe problemy cywilizacyjne. Trzeci zajmuje się mitami, oraz pokazuje powiązania między poznanymi już bohaterami, gdzieś tam majaczy większa intryga dotycząca pochodzenia Toby.
Świat przedstawiony w serii jest ciekawy, bogaty, a odkrywanie go stanowi wielką frajdę. Autorce udało się połączyć współczesne miasto z feudalnymi państwami fae tak, że całość nie zgrzyta. Wróżki mogą albo żyć w naszym świecie i pracować, albo przebywać tylko w Summerlands. Seria łączy różne folklory, kilka ważniejszych postaci ma japońskie korzenie, ale nie czuć w tym wysiłku. Przyznam, że nawet kiedy byłam mocno zirytowana poczynaniami bohaterki, czytałam dalej dla świata.
Bardzo podoba mi się jak wiele różnych osób ma w swoim otoczeniu Toby i jak wiele typów relacji zawiązuje. W przeczytanych przeze mnie trzech tomach October powoli zbiera sojuszników (i kilku wrogów. I nie zawsze są to potężne istoty, którym panna Daye nadepnęła na odcisk. Część z nich ma żal, że nie uratowała/nie pomogła im albo ich bliskim gdy prosili o pomoc). Sylvester Torquill, który troszczy się o October jako jej senior, stał się jednym z moich ulubionych postaci drugoplanowych we wszystkich seriach urban fantasy. Jestem też wielką fanką Spike’a, różanego goblina.
Brak też częstego w urban fantasy schematu „bohaterka kontra reszta kobiet”. Toby ma przyjaciółki, a większość kobiet w swoim otoczeniu traktuje przyjaźnie. Większość mężczyzn zresztą też. No i mimo feudalnej organizacji społeczeństwa, nikt nigdy nie próbował dyskryminować Toby ze względu na płeć. O ile wróżki są rasistowskie, nie są seksistowskie.
Jeśli ktoś bardzo lubi wątki romantyczne, pierwszy tom może go zwieść. October porządkuje w nim swoje życie i nie romanse jej w głowie, poznamy tylko przyszłego-niedoszłego kochanka bohaterki. Od drugiego coś zaczyna się rysować, ale Autorka nie spieszy się, dzięki czemu możemy poznać stosunki między bohaterami i obserwować rozwój relacji. W trzecim da się na końcu wyczuć lekki smrodek trójkąta miłosnego, ale nie uczucie nie spada na nikogo jak grom z jasnego nieba, nie ma krzyżujących się spojrzeń w Sali balowej/od biologii.
Czy w takim razie to seria bez wad? Oczywiście, nie. October jest irytująca. Są bohaterowie, jak Teodor Szacki, którzy mimo że wkurzający, budzą jednak moją sympatię. Toby do nich nie należy, najchętniej potrząsnęłabym nią porządnie i kazała się ogarnąć. Przez większość czasu panna Daye tylko reaguje na wydarzenia, nie potrafi przewidzieć rozwoju sytuacji (a zarabia na życie jako detektyw!). Od głównej bohaterki wymagam inicjatywy. Poza tym, bohaterka czasami denerwuje się dość przypadkowymi rzeczami albo takimi, które są charakterystyczne dla wróżek (jak mówienie zagadkami).
Wkurzają powtórzenia. Rozumiem, że w każdym tomie trzeba zawrzeć te same informacje dla nowych czytelników, ale naprawdę uważam za zbędne przypominanie mi pewnych reguł po dwadzieścia razy w jednym tomie. Toby ma też irytującą tendencję do biegania w tę i we wtę by rozwiązać sprawę. Drugi tom był pod tym względem najlepszy, bo dział się właściwie w jednym budynku, więc nie biegała zbyt daleko. Za to trzeci był klasycznym wręcz przykładem „O jedną podróż za daleko” i, moim zdaniem, An artificial night powinno się zakończyć na scenie nawiązującej do Tam Lina. Ostatnia wyprawa Toby do świata Ślepego Michaela była pozbawiona dramatyzmu i stawiała pod znakiem zapytania poświęcenie przyjaciół Toby.
Polecam i bardzo żałuję, że serii nie ma po polsku. Bo to kawałek świetnie pomyślanego, dobrze napisanego urban fantasy. Do ideału trochę mu brakuje, ale czyta się świetnie. Przynajmniej pierwsze trzy tomy, które miałam okazję przeczytać takie były.
czwartek, 4 grudnia 2014
Anne Rice Książę Lestat
Annathea
21:46
No comments
Wpis zawiera spoilery, bo inaczej się nie dało. Jeśli chcesz ich uniknąć,
albo nie masz czasu na czytanie długiego wywodu, ostatni akapit to
bezspoilerowa ocena powieści (zaczyna się pod obrazkiem Claudii).
Wampirze kroniki to dla mnie bardzo ważna seria i kawał życia. Przeczytałam wszystkie tomy, niektóre po kilka razy. Nawet kiedy fabuła mnie rozczarowywała, czytałam dalej ze względu na język. Kiedy dostałam w ręce Księcia Lestata byłam przekonana, że czekają mnie dwa dni wyśmienitej, choć może nienajlepszej, lektury. Po tygodniu męczarni udało mi się wreszcie powieść skończyć.
Wampirze kroniki to dla mnie bardzo ważna seria i kawał życia. Przeczytałam wszystkie tomy, niektóre po kilka razy. Nawet kiedy fabuła mnie rozczarowywała, czytałam dalej ze względu na język. Kiedy dostałam w ręce Księcia Lestata byłam przekonana, że czekają mnie dwa dni wyśmienitej, choć może nienajlepszej, lektury. Po tygodniu męczarni udało mi się wreszcie powieść skończyć.
![]() |
| Źródło z którego pochodzą wszystkie wykorzystane we wpisie obrazki, chyba że podano inaczej |
wtorek, 26 sierpnia 2014
Przegląd końca świata- nawet jeśli nie lubisz zombie, powinieneś to przeczytać.
Annathea
10:06
No comments
Tym razem spróbowałam bez spoilerów co
do wydarzeń. Bo ciężko pisać o genialności świata przedstawionego bez
odwoływania się do przykładów. Spoilerogenne cytaty z książek są po angielsku.
Jak zapewne wszyscy wiedzą, bo mówię to często, nie lubię utworów o zombie.
Ze wszystkich fikcyjnych
potworów budzą we mnie najmniejszą ciekawość i sympatię, nieważne czy mowa o tradycyjnym wariancie czy bardziej współczesnym. Obejrzałam „Noc żywych trupów” i „Warm bodies”, wysłuchałam „The walking dead”, przeczytałam „Zombie survival guide”, a nawet „Lord John i plaga zombie”. O hordach nieumarłych plączących się po rozmaitych grach nie wspomnę, każde szanujące się MMO ma chyba takie na stanie (najciekawiej rozegrane chyba w World of Warcraft). Uznaję zatem, że próbowałam i się nie udało, nie moja bajka, zostaję przy wampirach i reszcie.
Jak zapewne wszyscy wiedzą, bo mówię to często, nie lubię utworów o zombie.
Ze wszystkich fikcyjnych potworów budzą we mnie najmniejszą ciekawość i sympatię, nieważne czy mowa o tradycyjnym wariancie czy bardziej współczesnym. Obejrzałam „Noc żywych trupów” i „Warm bodies”, wysłuchałam „The walking dead”, przeczytałam „Zombie survival guide”, a nawet „Lord John i plaga zombie”. O hordach nieumarłych plączących się po rozmaitych grach nie wspomnę, każde szanujące się MMO ma chyba takie na stanie (najciekawiej rozegrane chyba w World of Warcraft). Uznaję zatem, że próbowałam i się nie udało, nie moja bajka, zostaję przy wampirach i reszcie.
piątek, 22 sierpnia 2014
Leigh Bardugo Grisha Trylogy
Annathea
10:38
No comments
Tak wiem, trochę mnie tu nie było.
Powiedzmy, że miałam wyjątkowo ciężki sierpień. To nie znaczy, że nie czytałam,
czytałam mnóstwo, tylko nie miałam ochoty ani energii by podzielić się
wrażeniami ze światem.
Recenzja zawiera spoilery drugiego i trzeciego tomu Trylogii Grisha. Jeśli chcesz je ominąć, a jednak ciekawi Cię moja opinia, przejdź od razu do ostatniego akapitu.
Recenzja zawiera spoilery drugiego i trzeciego tomu Trylogii Grisha. Jeśli chcesz je ominąć, a jednak ciekawi Cię moja opinia, przejdź od razu do ostatniego akapitu.
![]() |
| Oryginalne okładki są piękne i doskonale wpisują się w klimat |
niedziela, 18 maja 2014
Maraton czytelniczy
Annathea
14:20
No comments
Jestem
wyjątkowo niesystematycznym czytelnikiem. Czasami czytam książkę
dziennie, czasami męczę jedną przez tydzień. Ostatnio nie mogłam
się zdecydować, co chcę czytać. Kiedy na GR zauważyłam, że w
statusie „currently reading” mam siedem książek, musiałam coś
z tym zrobić. I wtedy ktoś na YT wspomniał o Bout of books.
Ten
maraton nie miał zbyt wielu zasad, chodzi o to, by przeczytać
więcej książek niż zazwyczaj w ciągu siedmiu dni. Ja wybrałam
trzy z siedmiu zalegających na półce. Udało mi się przeczytać dwie, może do końca niedzieli dam radę trzeciej, ale szanse są tak małe, że postanowiłam wrzucić podsumowanie już teraz.
Oto wybrane przeze mnie pozycje:
Oto wybrane przeze mnie pozycje:
środa, 26 marca 2014
Vicious V.E.Schwab
Annathea
15:07
No comments
opis z goodreads.com. Wszystkie cytaty pochodzą z książki
czwartek, 15 sierpnia 2013
Lisa Renee Jones Scaping reality
Annathea
20:43
No comments
At
the young age of eighteen, tragedy and a dark secret force Lara to
flee all she has known and loves to start a new life. Now years
later, with a new identity as Amy, she’s finally dared to believe
she is forgotten–even if she cannot forget. But just when she lets
down her guard, the ghosts of her past are quick to punish her,
forcing her back on the run. On
a plane, struggling to face the devastation of losing everything
again and starting over, Amy meets Liam Stone, a darkly entrancing
recluse billionaire, who is also a brilliant, and famous, prodigy
architect. A man who knows what he wants and goes after it. And what
he wants is Amy. Refusing to take “no” as an answer, he sweeps
her into a passionate affair, pushing her to her erotic limits. He
wants to possess her. He makes her want to be possessed. Liam demands
everything from her, accepting nothing less. But what if she is too
devastated by tragedy to know when he wants more than she should
give? And what if there is more to Liam than meets the eyes?
czwartek, 8 sierpnia 2013
This is wrong on so many levels
Annathea
20:33
No comments
wtorek, 9 lipca 2013
Juliet Dark The demon lover
Annathea
09:46
No comments
But Callie soon realizes that her dreams are alarmingly real. She has a demon lover—an incubus—and he will seduce her, pleasure her, and eventually suck the very life from her. Then Callie makes another startling discovery: Her incubus is not the only mythical creature in Fairwick. As the tenured witches of the college and the resident fairies in the surrounding woods prepare to cast out the demon, Callie must accomplish something infinitely more difficult—banishing this supernatural lover from her heart.
opis pochodzi ze strony amazon.com
Zwlekałam z tą recenzją ile mogłam, ale nadal nie wiem, co sądzę o tej książce i czym mi się podobała czy nie. Pod pewnymi względami, to świetna książka. Pod innymi, niekoniecznie.
Oczywiście, poleciałam na okładkę, która jest piękna i
każdym milimetrem krzyczy „powieść młodzieżowa”. Na szczęście, przed lekturą,
przeczytałam opis, wiedziałam więc w co się pakuję. Ale inkuby, magia, stare
domy i książki? Na pierwszy rzut oka moja idealna letnia lektura.
Powieść ma jeden z najlepiej opisanych i zróżnicowanych
światów, na jakie trafiłam. Bardzo podoba mi się sposób w jaki Autorka spina
różne mitologie, tworząc zgrabną całość. Fairwick College to szkoła, do której
spokojnie mógłby się zapisać Harry Potter po skończeniu Hogwartu, ale ma w
sobie dużo baśniowej magii. Honeysuckle House
to zarazem nawiedzony dom z horroru i magiczny zamek. Samo Fairwick kojarzyło
mi się z Amerykańskimi bogami
Gaimana.
Historia jest interesująca, wielowątkowa, główna bohaterka
całkiem sympatyczna (choć głupia), erotyka magiczna i niepokojąca. Jednak mam
wrażenie, że powieść wymknęła się Autorce spod kontroli i za dużo tu
wszystkiego. Mamy tu: romans z inkubem, odkrywanie magicznej społeczności,
rodzinną klątwę, wampiry, wróżki, nawiedzony dom, zaginione manuskrypty, tajemnicze
monstrum atakujące studentów, poszukiwanie własnego miejsca na ziemi, oszustwo
literacie… uff. W rezultacie główny wątek, romans Callie z inkubem, ginie w
masie pobocznych historii. Niektóre zaś są szyte zbyt grubymi nićmi, czytelnik
szybko może się domyślić o co chodzi i czyta dalej, coraz bardziej
zniecierpliwiony nieudolnością bohaterki.
Inne są zbyt słabo
zarysowane, albo nie mają zakończenia. Przez pół książki Callie szuka sposobu
na zdjęcie z jednej uczennic klątwy. Pod koniec książki zdobywa wreszcie
antidotum, ale nie używa go przed zakończeniem akcji. Podobnie jest z trójkątem
Fiona- Callie- inkub, niby zarysowanym, ale później nic się nie dzieje. W rezultacie
skończyłam lekturę mocno nieusatysfakcjonowana, a w trakcie byłam chwilami
bardzo znudzona.
Mimo wad, z chęcią przeczytam drugi tom The water witch. Po cichu liczę, że tym razem Autorce lepiej
pójdzie ogarnięcie fabuły, oraz decyzja co chce napisać. Podobał mi się klimat
i większość bohaterów drugoplanowych.
czwartek, 20 czerwca 2013
Lady of Devices Shelley Adina
Annathea
22:29
No comments
Okazuje się, że można napisać bohaterkę, która jest dzielna, potrafi o siebie zadbać i nie boi się komuś przyłożyć. I która nie zakochuje się w nikim przez cały tom. Co zadziwiające, takie damy najczęściej noszą gorsety i kilka halek. Tak jakby autorom łatwiej było wyobrazić sobie bojową piękność z londyńskiej socjety, niż współczesną nastolatkę (jedna Katniss czy Dru nie czynią żadnej pory roku).
Lady Claire Trevelyan jest właśnie taką postacią. Claire ma osiemnaście lat, dopiero co skończyła szkołę i marzy o studiowaniu inżynierii. Jej matka ma zgoła inne plany, córka ma w trakcie Sezonu w Londynie znaleźć odpowiedniego kandydata i zaręczyć się przed jesienią. Plany jednej i marzenia drugiej zostają zniszczone, kiedy wicehrabia St.Ives, ojciec Claire, bankrutuje i popełnia samobójstwo. Pozostawione same sobie, panie muszą sobie radzić. Kiedy Claire zostaje sama w Londynie by dopilnować sprzedaży domu, uznaje to za swoją wielką szansę na znalezienie pracy i zebranie pieniędzy na studia. I tak jakoś przypadkiem staje się przywódczynią gangu.
Książkę czyta się szybko i łatwo, kiedy już oswoimy się z całym steampunkowym słownictwem. Nie ma go dużo, a Autorka nie zarzuca czytelnika opisami niezwykłych wynalazków, pokazuje codzienne przedmioty. Dużo się dzieje, wydarzenie goni wydarzenie, jest dużo humoru. Zdziwił mnie nagły koniec książki, chociaż w pewnym sensie był on logiczny (bohaterka dokonała ważnego wyboru). Jednak Autorka wrzuciła Claire w sytuację niemal bez wyjścia, z przyjemnością przeczytam kolejny tom, żeby dowiedzieć się, jak ona z tego wybrnie.
Owszem, czasem ciężko uwierzyć w niektóre wypadki, a fabuła ociera się o absurd. Dopóki człowiek nie przypomni sobie, że Claire ma dopiero osiemnaście lat i praktycznie nie zna świata, więc ma prawo do błędów i szalonych decyzji. Osoba starsza i bardziej doświadczona raczej nie szłaby ciemną nocą w zaułki Londynu by odzyskać skradzione dobra.
Bohaterowie drugoplanowi są wyraziści, choć typowi. Mamy tu wredne koleżanki z klasy, bandę uliczników, którzy wcale nie są tacy źli, lorda-drania, rozmarzonego naukowca, związaną konwencjami matkę oraz dobrych i mądrych służących. Ważną postacią jest kura Rosie, źródło jedzenia oraz więzi między bohaterami.
Zdziwił mnie, pozytywnie!, brak wątku romantycznego. Niby coś tam się kluje, ale bardzo delikatnie. Podobało mi się jak zdroworozsądkowo reaguje Claire. Owszem, lord Selwyn jest przystojny i bogaty, ale zachowuje się impertynencko i bohaterka wcale nie czuje do niego mięty.
Czy polecam? Polecam jak najbardziej. Zwłaszcza, że pierwszy tom w formie ebooka kosztuje na Amazonie mniej niż dolara (tutaj LINK).
Subskrybuj:
Posty (Atom)














