Tytuł wpisu nie jest spoilerem, bo chociaż zegar jest w
powieści wspominany, to nikt mu krzywdy nie robi, ani nie odgrywa znaczącej
roli. Tak naprawdę chciałam przeczytać bardzo polecany drugi tom cyklu, ale
głupio tak nie znając pierwszego. I chyba dobrze zrobiłam, inaczej straciłabym
mnóstwo rozrywki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura zagraniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura zagraniczna. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 listopada 2015
wtorek, 27 października 2015
Kompetentna kobieta w kosmosie czyli Honor Harrington na placówce Basilisk
Annathea
12:33
No comments
czwartek, 8 października 2015
Jaką mnie, boże stworzyłeś, taką mnie masz- Naomi Novik Wybrana
Annathea
08:00
No comments
Od razu przyznaję, że miałam z tą książką straszne problemy,
a przebrnięcie wymagało hartu ducha i wsparcia innych. Co jest o tyle dziwne,
że patrząc na fabułę z boku, powinnam być w Wybranej ciężko zakochana. Nowa
baśń! Polskie wpływy! Narratorka! Złowrogi las! Streszczona historia jest
piękna, a morał aktualny i przekonujący. A jednak powieść porwała mnie dopiero
około siedemdziesiątego procenta i też niezbyt gwałtownie.
poniedziałek, 5 października 2015
I never believed in ghosts. Until one tried to kill me- Kami Garcia Unbreakable
Annathea
09:00
No comments
Unbreakable jest reklamowane hasłem Supernatural meets The Da Vinci Code, które po pierwsze jest nieprawdą, po drugie może odstraszać czytelników. Moim zdanie, tylko pierwsza część hasła jest prawdziwa, więc jeśli lubicie serial i szukacie szybkiej, lekkiej lektury, powinno się Wam spodobać.
środa, 23 września 2015
Top 5 Wednesday- Title Fonts on Covers
Annathea
11:35
No comments
W tym tygodniu chodzi o pokazaniu pięciu okładek z najładniejszym fontem. Niby prosta sprawa, ale jak ograniczyć się do pięciu? Podumałam, przejrzałam przeczytane książki i voila, oto mój wybór. Oceniałam nie tylko urodę liter, ale też ich dopasowanie do grafiki i klimatu powieści.
niedziela, 16 sierpnia 2015
O tym, że angielski aktor jest w stanie uratować nawet przeciętną lekturę
Annathea
10:00
No comments
Octopussy and other
stories to kolejny audiobook, który
odsłuchałam w ramach abonamentu z audible. I chyba największe rozczarowanie.
Dlaczego? O tym dalej.
piątek, 14 sierpnia 2015
Sarah J Maas Korona w mroku recenzja
Annathea
12:58
No comments
piątek, 7 sierpnia 2015
Sama nie wiem, co przeczytałam
Annathea
17:19
No comments
Rzadko nie wiem co myśleć o książce, którą przeczytałam.
Zazwyczaj mam wyrobione zdanie. Jednak Królowa Tearlingu jest frustrująco jak
cebula. Ma warstwy. I chyba nie wie jaka chce być.
środa, 22 lipca 2015
Nie powinnam czytać fluffu
Annathea
15:50
No comments
piątek, 19 czerwca 2015
Nikt jej nie powiedział jak napisać romans
Annathea
08:01
No comments
![]() |
| Bohaterowie poruszują się czymś takim. Chyba. W każdym razie lepszy okręt niż goła klata. |
wtorek, 28 kwietnia 2015
Kupując książki we śnie
Annathea
22:04
No comments
Wczoraj wieczorem siedziałam na Amazonie i zastanawiałam się, czy nie kupić książki. Bo okładka ładna, opis ciekawy, a cena zachęcająca. Jednak powstrzymałam się. Mam wiele książek do przeczytania, ta może poczekać.
sobota, 18 kwietnia 2015
Niestety, zdarzyło się
Annathea
09:00
No comments
Tak, są spoilery.
Książka zaczyna się obrazem trzech chłopców- Węgra, Czecha i Żyda- na kąpielisku pierwszego września 1938 roku, więc wiadomo że nie będzie dobrze. Przez chwilę można mieć nadzieję, że może nie będzie tak źle, że Autor jakoś uratuje swoich bohaterów przed koszmarem wojny. Nie ratuje, a wiadomo, że koniec wojny nie oznacza tu dla nikogo happy endu.![]() |
piątek, 17 kwietnia 2015
Kill your darlings
Annathea
13:55
No comments
Wpis dotyczy powieści niewydanej w Polsce i zawiera spoilery. Żeby nie było, że nie ostrzegałam :).
Darcy Patel has put college and everything else on hold to publish her teen novel, Afterworlds. Arriving in New York with no apartment or friends she wonders whether she's made the right decision until she falls in with a crowd of other seasoned and fledgling writers who take her under their wings…
Told in alternating chapters is Darcy's novel, a suspenseful thriller about
Lizzie, a teen who slips into the 'Afterworld' to survive a terrorist attack. But
the Afterworld is a place between the living and the dead and as Lizzie drifts
between our world and that of the Afterworld, she discovers that many unsolved
- and terrifying - stories need to be reconciled. And when a new threat
resurfaces, Lizzie learns her special gifts may not be enough to protect those
she loves and cares about most. Darcy Patel has put college and everything else on hold to publish her teen novel, Afterworlds. Arriving in New York with no apartment or friends she wonders whether she's made the right decision until she falls in with a crowd of other seasoned and fledgling writers who take her under their wings…
czwartek, 2 kwietnia 2015
Wspomnienia na Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci
Annathea
11:28
5 comments
Czyli co czytałam, jak byłam mała.
Zacznijmy od tego, że od najmłodszych lat lubiłam książki, ale czytać nauczyłam się dopiero w szkole. Za to cała rodzina do tej pory wspomina małą terrorystkę, każącą sobie czytać niemal cały czas (na szczęście, więcej niż jedną książkę. Byłam dumną właścicielką masy rozpadających się od zaczytania książeczek).
Zacznijmy od tego, że od najmłodszych lat lubiłam książki, ale czytać nauczyłam się dopiero w szkole. Za to cała rodzina do tej pory wspomina małą terrorystkę, każącą sobie czytać niemal cały czas (na szczęście, więcej niż jedną książkę. Byłam dumną właścicielką masy rozpadających się od zaczytania książeczek).
czwartek, 19 marca 2015
Anthony Horowitz Dom jedwabny
Annathea
20:23
9 comments
Kolejna powieść będąca kontynuacją losów wybitnego
detektywa. Tym razem trafiło na Sherlocka Holmesa, moją ukochaną postać, pierwsze
literackie zauroczenie. Anthony Horowitz stanął przed wyjątkowo ambitnym i
trudnym zadaniem, napisać powieść o postaci, która właściwie nigdy nie
występowała w powieści. Czy mu się udało?
![]() |
piątek, 20 lutego 2015
Byłam u moich ulubionych dilerek
Annathea
12:44
No comments
Książkowych, oczywiście. I kiedyś o nich napiszę długi tekst, bo są naprawdę wspaniałe (jakby ktoś pytał, chodzi o wypożyczalnię 112 Ursynoteki).
Po czym uznałam, że będę Poważnym Blogerem i zrobię zdjęcie stosiku, żebyście wiedzieli, czego się można spodziewać.
Ale, że życie blogera nie jest usłane różami, szczerze mówiąc jest raczej przepełnione nieustanną walką z przeciwnościami losu, sesja zdjęciowa miała jeden wielki problem techniczny. Rudy.
Po czym uznałam, że będę Poważnym Blogerem i zrobię zdjęcie stosiku, żebyście wiedzieli, czego się można spodziewać.
Ale, że życie blogera nie jest usłane różami, szczerze mówiąc jest raczej przepełnione nieustanną walką z przeciwnościami losu, sesja zdjęciowa miała jeden wielki problem techniczny. Rudy.
![]() |
| Kocia pierś i łapka. |
czwartek, 12 lutego 2015
Szklana patelnia do lasagne albo jak nie należy tłumaczyć książek
Annathea
07:00
8 comments
![]() |
| Oryginalna okładka. Pozwolicie, że nie skomentuję. |
poniedziałek, 9 lutego 2015
Ilona Andrews Na krawędzi
Annathea
07:00
3 comments
Po audiobooku Ilony Andrews
postanowiłam spróbować, jak się ją czyta w wersji papierowej i
po polsku. Na pierwszy ogień poszło Na krawędzi (tylko
dlatego, że pierwsze dotarło pocztą). I muszę powiedzieć, że bardzo mi się podobało, przeczytałam powieść właściwie w jeden wieczór.
piątek, 30 stycznia 2015
Dobre urban fantasy nie jest złe (ale byłoby lepsze gdyby było po polsku)
Annathea
09:00
No comments
Jeśli zastanawialiście się, czym zajmuje się Mira Grant, kiedy nie pisze o
apokalipsie zombie albo nowych wirusach, to wiedzcie, że zajmuje się wtedy
wróżkami w San Francisco.
Używam słowa wróżki, ponieważ elfy kojarzą mi się zbyt tolkienowsko. Mało który bohater serii o October jest nieludzko piękny i mądry. Oraz, recenzja zawiera spoilery.
Seria o October Daye w tej chwili ma osiem tomów, a według Goodreads zaplanowano trzynaście. Główną bohaterką jest October Daye, changeling w służbie lokalnego księcia, która po czternastu latach wraca do San Francisco i stara się znaleźć miejsce dla siebie. Klasycznie, Toby staje się prywatnym detektywem, ale równie często musi zajmować się oficjalnymi sprawami zleconymi przez księcia.
Wszystkie tomy mają ciekawe, przemyślane fabuły. Pierwszy był najbardziej schematyczny, ale na tyle świeży i dobrze napisany, że przyjemnie się czytało. Drugi, zawierający między innymi wróżkową korporację informatyczną, czytało się jeszcze lepiej. A od trzeciego chwilami nie mogłam się oderwać. Podoba mi się postęp w pokazywaniu świata. Rosemary and rue daje czytelnikowi ogólny obraz i skupia na sytuacji życiowej Toby. Po lekturze wiemy kim jest i skąd się wzięła. W A local habitation dostajemy szerszy obraz świata, trochę polityki oraz struktury społecznej faerie, ich największe problemy cywilizacyjne. Trzeci zajmuje się mitami, oraz pokazuje powiązania między poznanymi już bohaterami, gdzieś tam majaczy większa intryga dotycząca pochodzenia Toby.
Świat przedstawiony w serii jest ciekawy, bogaty, a odkrywanie go stanowi wielką frajdę. Autorce udało się połączyć współczesne miasto z feudalnymi państwami fae tak, że całość nie zgrzyta. Wróżki mogą albo żyć w naszym świecie i pracować, albo przebywać tylko w Summerlands. Seria łączy różne folklory, kilka ważniejszych postaci ma japońskie korzenie, ale nie czuć w tym wysiłku. Przyznam, że nawet kiedy byłam mocno zirytowana poczynaniami bohaterki, czytałam dalej dla świata.
Bardzo podoba mi się jak wiele różnych osób ma w swoim otoczeniu Toby i jak wiele typów relacji zawiązuje. W przeczytanych przeze mnie trzech tomach October powoli zbiera sojuszników (i kilku wrogów. I nie zawsze są to potężne istoty, którym panna Daye nadepnęła na odcisk. Część z nich ma żal, że nie uratowała/nie pomogła im albo ich bliskim gdy prosili o pomoc). Sylvester Torquill, który troszczy się o October jako jej senior, stał się jednym z moich ulubionych postaci drugoplanowych we wszystkich seriach urban fantasy. Jestem też wielką fanką Spike’a, różanego goblina.
Brak też częstego w urban fantasy schematu „bohaterka kontra reszta kobiet”. Toby ma przyjaciółki, a większość kobiet w swoim otoczeniu traktuje przyjaźnie. Większość mężczyzn zresztą też. No i mimo feudalnej organizacji społeczeństwa, nikt nigdy nie próbował dyskryminować Toby ze względu na płeć. O ile wróżki są rasistowskie, nie są seksistowskie.
Jeśli ktoś bardzo lubi wątki romantyczne, pierwszy tom może go zwieść. October porządkuje w nim swoje życie i nie romanse jej w głowie, poznamy tylko przyszłego-niedoszłego kochanka bohaterki. Od drugiego coś zaczyna się rysować, ale Autorka nie spieszy się, dzięki czemu możemy poznać stosunki między bohaterami i obserwować rozwój relacji. W trzecim da się na końcu wyczuć lekki smrodek trójkąta miłosnego, ale nie uczucie nie spada na nikogo jak grom z jasnego nieba, nie ma krzyżujących się spojrzeń w Sali balowej/od biologii.
Czy w takim razie to seria bez wad? Oczywiście, nie. October jest irytująca. Są bohaterowie, jak Teodor Szacki, którzy mimo że wkurzający, budzą jednak moją sympatię. Toby do nich nie należy, najchętniej potrząsnęłabym nią porządnie i kazała się ogarnąć. Przez większość czasu panna Daye tylko reaguje na wydarzenia, nie potrafi przewidzieć rozwoju sytuacji (a zarabia na życie jako detektyw!). Od głównej bohaterki wymagam inicjatywy. Poza tym, bohaterka czasami denerwuje się dość przypadkowymi rzeczami albo takimi, które są charakterystyczne dla wróżek (jak mówienie zagadkami).
Wkurzają powtórzenia. Rozumiem, że w każdym tomie trzeba zawrzeć te same informacje dla nowych czytelników, ale naprawdę uważam za zbędne przypominanie mi pewnych reguł po dwadzieścia razy w jednym tomie. Toby ma też irytującą tendencję do biegania w tę i we wtę by rozwiązać sprawę. Drugi tom był pod tym względem najlepszy, bo dział się właściwie w jednym budynku, więc nie biegała zbyt daleko. Za to trzeci był klasycznym wręcz przykładem „O jedną podróż za daleko” i, moim zdaniem, An artificial night powinno się zakończyć na scenie nawiązującej do Tam Lina. Ostatnia wyprawa Toby do świata Ślepego Michaela była pozbawiona dramatyzmu i stawiała pod znakiem zapytania poświęcenie przyjaciół Toby.
Polecam i bardzo żałuję, że serii nie ma po polsku. Bo to kawałek świetnie pomyślanego, dobrze napisanego urban fantasy. Do ideału trochę mu brakuje, ale czyta się świetnie. Przynajmniej pierwsze trzy tomy, które miałam okazję przeczytać takie były.
Używam słowa wróżki, ponieważ elfy kojarzą mi się zbyt tolkienowsko. Mało który bohater serii o October jest nieludzko piękny i mądry. Oraz, recenzja zawiera spoilery.
Seria o October Daye w tej chwili ma osiem tomów, a według Goodreads zaplanowano trzynaście. Główną bohaterką jest October Daye, changeling w służbie lokalnego księcia, która po czternastu latach wraca do San Francisco i stara się znaleźć miejsce dla siebie. Klasycznie, Toby staje się prywatnym detektywem, ale równie często musi zajmować się oficjalnymi sprawami zleconymi przez księcia.
Wszystkie tomy mają ciekawe, przemyślane fabuły. Pierwszy był najbardziej schematyczny, ale na tyle świeży i dobrze napisany, że przyjemnie się czytało. Drugi, zawierający między innymi wróżkową korporację informatyczną, czytało się jeszcze lepiej. A od trzeciego chwilami nie mogłam się oderwać. Podoba mi się postęp w pokazywaniu świata. Rosemary and rue daje czytelnikowi ogólny obraz i skupia na sytuacji życiowej Toby. Po lekturze wiemy kim jest i skąd się wzięła. W A local habitation dostajemy szerszy obraz świata, trochę polityki oraz struktury społecznej faerie, ich największe problemy cywilizacyjne. Trzeci zajmuje się mitami, oraz pokazuje powiązania między poznanymi już bohaterami, gdzieś tam majaczy większa intryga dotycząca pochodzenia Toby.
Świat przedstawiony w serii jest ciekawy, bogaty, a odkrywanie go stanowi wielką frajdę. Autorce udało się połączyć współczesne miasto z feudalnymi państwami fae tak, że całość nie zgrzyta. Wróżki mogą albo żyć w naszym świecie i pracować, albo przebywać tylko w Summerlands. Seria łączy różne folklory, kilka ważniejszych postaci ma japońskie korzenie, ale nie czuć w tym wysiłku. Przyznam, że nawet kiedy byłam mocno zirytowana poczynaniami bohaterki, czytałam dalej dla świata.
Bardzo podoba mi się jak wiele różnych osób ma w swoim otoczeniu Toby i jak wiele typów relacji zawiązuje. W przeczytanych przeze mnie trzech tomach October powoli zbiera sojuszników (i kilku wrogów. I nie zawsze są to potężne istoty, którym panna Daye nadepnęła na odcisk. Część z nich ma żal, że nie uratowała/nie pomogła im albo ich bliskim gdy prosili o pomoc). Sylvester Torquill, który troszczy się o October jako jej senior, stał się jednym z moich ulubionych postaci drugoplanowych we wszystkich seriach urban fantasy. Jestem też wielką fanką Spike’a, różanego goblina.
Brak też częstego w urban fantasy schematu „bohaterka kontra reszta kobiet”. Toby ma przyjaciółki, a większość kobiet w swoim otoczeniu traktuje przyjaźnie. Większość mężczyzn zresztą też. No i mimo feudalnej organizacji społeczeństwa, nikt nigdy nie próbował dyskryminować Toby ze względu na płeć. O ile wróżki są rasistowskie, nie są seksistowskie.
Jeśli ktoś bardzo lubi wątki romantyczne, pierwszy tom może go zwieść. October porządkuje w nim swoje życie i nie romanse jej w głowie, poznamy tylko przyszłego-niedoszłego kochanka bohaterki. Od drugiego coś zaczyna się rysować, ale Autorka nie spieszy się, dzięki czemu możemy poznać stosunki między bohaterami i obserwować rozwój relacji. W trzecim da się na końcu wyczuć lekki smrodek trójkąta miłosnego, ale nie uczucie nie spada na nikogo jak grom z jasnego nieba, nie ma krzyżujących się spojrzeń w Sali balowej/od biologii.
Czy w takim razie to seria bez wad? Oczywiście, nie. October jest irytująca. Są bohaterowie, jak Teodor Szacki, którzy mimo że wkurzający, budzą jednak moją sympatię. Toby do nich nie należy, najchętniej potrząsnęłabym nią porządnie i kazała się ogarnąć. Przez większość czasu panna Daye tylko reaguje na wydarzenia, nie potrafi przewidzieć rozwoju sytuacji (a zarabia na życie jako detektyw!). Od głównej bohaterki wymagam inicjatywy. Poza tym, bohaterka czasami denerwuje się dość przypadkowymi rzeczami albo takimi, które są charakterystyczne dla wróżek (jak mówienie zagadkami).
Wkurzają powtórzenia. Rozumiem, że w każdym tomie trzeba zawrzeć te same informacje dla nowych czytelników, ale naprawdę uważam za zbędne przypominanie mi pewnych reguł po dwadzieścia razy w jednym tomie. Toby ma też irytującą tendencję do biegania w tę i we wtę by rozwiązać sprawę. Drugi tom był pod tym względem najlepszy, bo dział się właściwie w jednym budynku, więc nie biegała zbyt daleko. Za to trzeci był klasycznym wręcz przykładem „O jedną podróż za daleko” i, moim zdaniem, An artificial night powinno się zakończyć na scenie nawiązującej do Tam Lina. Ostatnia wyprawa Toby do świata Ślepego Michaela była pozbawiona dramatyzmu i stawiała pod znakiem zapytania poświęcenie przyjaciół Toby.
Polecam i bardzo żałuję, że serii nie ma po polsku. Bo to kawałek świetnie pomyślanego, dobrze napisanego urban fantasy. Do ideału trochę mu brakuje, ale czyta się świetnie. Przynajmniej pierwsze trzy tomy, które miałam okazję przeczytać takie były.
wtorek, 20 stycznia 2015
Eleganckie ćwiczenie akademickie
Annathea
08:15
1 comment
Są takie książki, które kocham od pierwszej strony i
pochłaniam jednym tchem, nieważne ile stron mają. Są też takie, w których podziwiam warszat i wyobraźnię, ale nie wzbudzają we mnie żadnych emocji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















