Powieść czytałam po
angielsku, więc nie wypowiem się na temat jakości tłumaczenia. Być może tłumacz
jest lepszym pisarzem od Eriki Leonard i uczynił powieść przyzwoitą. Nie będę
też zajmować się oryginalnością fabuły, która była przedmiotem żywiołowej dyskusji. Wystarczy poczytać recenzje na Goodreads by dowiedzieć się wszystkiego.
Pięćdziesiąt twarzy Grey’a to
książka, która urzeka okładką, ale nuży zawartością. Przyznaję, dałam się
złapać, zaczęłam czytać bo podobała mi się okładka. Potem jeszcze była reklama
Amazonu i uznałam, że dam bestsellerowi szansę. Z opisu wywnioskowałam, że mam
do czynienia z czymś pokroju Śpiącej Królewny czy Ucieczki z Edenu Anne Rice. Jak bardzo się myliłam!
Zacznijmy może od plusów,
żeby mieć je z głowy. Powieść czyta się szybko, nie trzeba poświęcać jej wiele
uwagi. Nawet jeśli pominiemy kilka stron, nie pogubimy się w akcji, ani nie
stracimy za wiele. Poza tym, podobały mi się maile wymieniane przez Anastasię i
Christiana, to chyba najsilniejszy punkt fabuły. Dla tych maili, i w nadziei że
będzie lepiej, przeczytałam także drugi tom, zabrnęłam nawet w trzeci i
powiedziałam dość.
Pięćdziesiąt twarzy Greya
nie sprawdza się ani jako romans, ani jako powieść erotyczna. Podobno jest
jakaś fabuła, ale chowała się tak starannie, że jej nie znalazłam. Niby w
powieściach erotycznych fabuła nie jest ważna, ale możnaby poudawać, że w ogóle
tam jest.

