Bycie geekiem jest czasem złe. Część inspiracji, które
dla przeciętnego czytelnika pozostają niezauważone, bije mocno po
oczach. Zwłaszcza odniesienia do znanych systemów RPG, do których wiele powieści urban fantasy odwołuje się chyba nieświadomie.
Nie mam nic przeciwko inspiracji,
często to bonus dla uważnego czytelnika, ale bardzo nie lubię,
kiedy brak w tym umiaru. Nie wiem, czemu dotyka to głównie wampiry,
czy White Wolf wymyślił system tak doskonały, że autorzy nie mogą
się z niego wyzwolić? A może ja jestem przewrażliwiona?
Ale, na
Lestata, jeśli wampiry mają wewnętrzną Bestię, zbierają się w
Konklawe, nazywają swoich najstarszych Matuzalemami, obowiązujące
ich prawo nosi nazwę Maskarady, a same łączą się w klany, to
trochę za dużo by mówić o przypadku.
Wszystkie te elementy znajdziecie w
serii o Dorze Wilk.
Kupiłam zachęcona mnóstwem
pozytywnych recenzji i jedną krytyczną. Uwielbiam urban fantasy,
silne bohaterki i tematykę anielską, więc zaryzykowałam.
Ta recenzja obejmuje oba wydane tomy heksalogii, więc będzie dłuuga.
Sam pomysł bardzo mi się podoba- mamy
magiczny Toruń, policjantkę będącą wiedźmą, przecinające się
światy... niby wszystko już było(poza magicznym Toruniem), ale
zestawienie obiecujące solidną rozrywkę.
W pierwszym tomie, Złodzieju dusz,
Dora mierzy się z tajemniczym magiem, porywającym istoty magiczne.
Kiedy ginie jej przyjaciółka sprawa staje się osobista, a Dora,
mając do pomocy anioła i demona, nie spocznie, póki nie ocali
Katii i nie dorwie drania. Do tego jej życie jako zwykłej
policjantki nieco się
komplikuje, gdyż pewien prokurator stara się
wywalić ją z pracy.
Polubiłam książkę za klimat, opisy
Torunia i całkiem zgrabną historię. Podobała mi się magiczna
społeczność, wyjaśnienie jak bóstwa słowiańskie i
chrześcijańskie anioły mogą współistnieć (chociaż wolę
wersję Ćwieka). Styl Autorki jest prosty, ale w narracji
pierwszoosobowej się sprawdza, jakbyśmy siedzieli z Dorą w barze i
słuchali opowieści o jej ostatnich przygodach.
Irytowały mnie
tylko zdrobnienia, których wszędzie pełno. Dał oto też
niezamierzony efekt komiczny. Autorka chyba chciała Mirona i Joshuę
pokazać tak:
Ale przez tytułowanie ich diabełkiem,
ptaszyną, ja widziałam to:
Nie do końca rozumiem, czemu Joshua
nosi angielską wersję imienia, które ma polski odpowiednik, oraz
Gabriel nazywany jest Gabe'em, a Lucyfer Luce'em. Wyboru Rafaela na głównego złego też nie, w końcu we wszystkich tradycjach on i Gabriel z Michał występują razem, ale przyjmijmy, że się czepiam. Może w kolejnym tomie Autorka to wszystko zgrabnie wyjaśni.
W drugim tomie, Bogowie muszą być szaleni, jest gorzej, zarówno
fabularnie, jak i językowo. Zdarzają się pogubione wątki
(Witkacy), zakończenie było bardzo klasycznym Deus Ex Machina (w
sumie skoro Molier mógł to czemu nie Jadowska), a powieść jest
bardziej romansem niż czymkolwiek innym.
Poznajemy lepiej mechanizmy działania społeczności magicznej (i dowiadujemy się jak bardzo
Dora jest ponadto). W tym tomie jest o wiele mniej Torunia, akcja
właściwie mogłaby toczyć się wszędzie.
Kiedy nasza expolicjantka przystępuje
do akcji, jest ciekawie, kiedy ona i jej chłopcy nurzają się w
romantycznym sosie, jest nudno. Wciąż i wciąż powtarza się ta
sama śpiewka.
Szkoda, że inne osoby związane z Dorą, jak Katia
czy Witkacy, nie pojawiają się prawie wcale i nie stanowią
przeciwwagi. Wspomniana dwójka pojawia się raz, w scenie która
według mnie ma tylko przygotować grunt pod akcję w przyszłych
tomach.
Autorka ma tendecję to używania
niektórych fraz wciąż i wciąż- w pierwszym tomie było to „nie
wszyscy muszą mnie lubić”, w drugim co i rusz ktoś stwierdza coś
sentencjonalnie. Generalnie, drugi tom jest językowo
gorszy(powtórzenia, nadużywanie słów to, ten), przydałaby mu się
redakcja.
Najsłabszym elementem cyklu jest
postać głównej bohaterki, która jest typową Mary Sue (link do
recenzji na Funtastyce, gdzie sprawa została szczegółowo
omówiona). W skrócie- Dora jest najlepsza, najpiękniejsza,
najbardziej wygadana, a jeśli ktoś ma inne zdanie niż ona, jest po
prostu głupi, co mu Dora szybko i łatwo udowodni. Nieważne, czy
jest to prokurator, starożytne bóstwo wojny czy może upadły
anioł. Poza tym jest wiedźmo-wilko-wampiro-boginią, która cieszy
się łaską Pana (Pan w ramach prezentu daje jej Anioła Stróża).
Oraz Bogini, która zsyła jej nad wyraz przydatne runy. I wszyscy-
od archanioła Gabriela, do Lucyfera kochają Dorę i nieba by jej
przychylili.
Pozostałe postacie są jednak sympatyczne i ciekawe, do gustu przypadł mi zwłaszcza wampir Roman. Ze względu na nie, i na magiczny Toruń, zapewne zakupię trzeci tom.
Czy warto? Hmm, i tak i nie. Nazywanie
tego „polską Briggs” jest mocno na wyrost, bliżej mu do Kim Harrison, ale jeśli pominiemy bohaterkę, cykl jest
przyzwoity i miło się go czyta. Na wakacje czy do pociągu w sam
raz.
PS. Drodzy poloniści, czy słowo heksalogia w ogóle istnieje? Nie znalazłam go w dostępnych mi słownikach, na wiki też nie istnieje, a jedyne odwołania z google dotyczą serii o Dorze Wilk i Gwiezdnych Wojen.
6 komentarze:
Mam obie książki. Jeszcze nie przeczytałam ich, ale myślę, że już wkrótce się za nie zabiorę.
Powiem Ci, że Twoja recenzja jest w sumie pierwszą jaką czytałam, w której przejawiają się negatywne wrażenia. Wszyscy Jadowską się zachwycają, więc w sumie "przyjemnie" było przeczytać inną opinię :)
Ciekawa co ja będę miała do powiedzenia na ten temat ;)
Na mnie zupełnie nie zadziałał urok anielsko-diabelskiego duetu, może dlatego ;)?
Mnie też ciekawi Twoja opinia o tej serii, czekam na recenzję :)
Dokładnie tak samo oceniłąm obie książki:) Po następne już nie sięgnę, Najbardziej wkurzała mnie sama Dora, miłosny trójkąt jak w harlekinie i "ptaszyna".
Dora to nowa jakość w polskiej fantastyce ;]
Mam wrażenie, że jednak nie najlepszym pomysłem było sięganie po "Bogowie..." przed "Złodziejem Dusz" - nie dlatego, że są tam jakieś wielkie fabularne twisty, których znajomość jest konieczna w drugim tomie, tylko dlatego, że tom pierwszy jest bardziej urban niż paranormal, a scenografia wokół bohaterów to nie tylko kopiuj & wklej. No i główna bohaterka nie jest aż tak bardzo Mary Sue. "Złodziej Dusz" w znacznie większym stopniu jest więc tym, czym reklamowano mi "Bogowie..." ;)
Popularne się zrobiło ubieranie paranormal romance w ciuszki urban fantasy, żeby potem mówić "ej, to nie jest jak Zmierzch!".
Co do White Wolfa - po prostu polska fantastyka ma sporo... inspiracji albo otwartych fanfików wydawanych jako "niezwykle świeże pomysły, och ach". Do oWoDa, na którego przy okazji wypada w kręgach fantastyki narzekać i koniecznie podśmiewać się z %$#%# którzy weń grają//grali. Sorry taki mamy klimat :P? Nie chcę nawet pisać, jak mnie kiedyś jedna powieść rozwścieczyła tym "wcale nie opisuję systemu Mag: Wstąpienie, na wszystko wpadłam sama!"... A co do imion - nie mogę się powstrzymać, ale Lucyfer to Luce, bo "Lampka" było już zajęte ;).
Kiedyś poczytam cykl o Dorze, żeby samemu się przekonać. Ale autorka jest fajna :D.
Prześlij komentarz