sobota, 18 maja 2013

Dlaczego ciężko być geekiem? Polskie urban fantasy


Bycie geekiem jest czasem złe. Część inspiracji, które dla przeciętnego czytelnika pozostają niezauważone, bije mocno po oczach. Zwłaszcza odniesienia do znanych systemów RPG, do których wiele powieści urban fantasy odwołuje się chyba nieświadomie.
Nie mam nic przeciwko inspiracji, często to bonus dla uważnego czytelnika, ale bardzo nie lubię, kiedy brak w tym umiaru. Nie wiem, czemu dotyka to głównie wampiry, czy White Wolf wymyślił system tak doskonały, że autorzy nie mogą się z niego wyzwolić? A może ja jestem przewrażliwiona? 
Ale, na Lestata, jeśli wampiry mają wewnętrzną Bestię, zbierają się w Konklawe, nazywają swoich najstarszych Matuzalemami, obowiązujące ich prawo nosi nazwę Maskarady, a same łączą się w klany, to trochę za dużo by mówić o przypadku.
Wszystkie te elementy znajdziecie w serii o Dorze Wilk.

Kupiłam zachęcona mnóstwem pozytywnych recenzji i jedną krytyczną. Uwielbiam urban fantasy, silne bohaterki i tematykę anielską, więc zaryzykowałam.
Ta recenzja obejmuje oba wydane tomy heksalogii, więc będzie dłuuga.

Sam pomysł bardzo mi się podoba- mamy magiczny Toruń, policjantkę będącą wiedźmą, przecinające się światy... niby wszystko już było(poza magicznym Toruniem), ale zestawienie obiecujące solidną rozrywkę.
W pierwszym tomie, Złodzieju dusz, Dora mierzy się z tajemniczym magiem, porywającym istoty magiczne. Kiedy ginie jej przyjaciółka sprawa staje się osobista, a Dora, mając do pomocy anioła i demona, nie spocznie, póki nie ocali Katii i nie dorwie drania. Do tego jej życie jako zwykłej policjantki nieco się
komplikuje, gdyż pewien prokurator stara się wywalić ją z pracy.
Polubiłam książkę za klimat, opisy Torunia i całkiem zgrabną historię. Podobała mi się magiczna społeczność, wyjaśnienie jak bóstwa słowiańskie i chrześcijańskie anioły mogą współistnieć (chociaż wolę wersję Ćwieka). Styl Autorki jest prosty, ale w narracji pierwszoosobowej się sprawdza, jakbyśmy siedzieli z Dorą w barze i słuchali opowieści o jej ostatnich przygodach. 



Irytowały mnie tylko zdrobnienia, których wszędzie pełno. Dał oto też niezamierzony efekt komiczny. Autorka chyba chciała Mirona i Joshuę pokazać tak:











Ale przez tytułowanie ich diabełkiem, ptaszyną, ja widziałam to:













Nie do końca rozumiem, czemu Joshua nosi angielską wersję imienia, które ma polski odpowiednik, oraz Gabriel nazywany jest Gabe'em, a Lucyfer Luce'em.  Wyboru Rafaela na głównego złego też nie, w końcu we wszystkich tradycjach on i Gabriel z Michał występują razem, ale przyjmijmy, że się czepiam. Może w kolejnym tomie Autorka to wszystko zgrabnie wyjaśni. 


W drugim tomie, Bogowie muszą być szaleni, jest gorzej, zarówno fabularnie, jak i językowo. Zdarzają się pogubione wątki (Witkacy), zakończenie było bardzo klasycznym Deus Ex Machina (w sumie skoro Molier mógł to czemu nie Jadowska), a powieść jest bardziej romansem niż czymkolwiek innym. 
Poznajemy lepiej mechanizmy działania społeczności magicznej (i dowiadujemy się jak bardzo Dora jest ponadto). W tym tomie jest o wiele mniej Torunia, akcja właściwie mogłaby toczyć się wszędzie.
Kiedy nasza expolicjantka przystępuje do akcji, jest ciekawie, kiedy ona i jej chłopcy nurzają się w romantycznym sosie, jest nudno. Wciąż i wciąż powtarza się ta sama śpiewka. 
Szkoda, że inne osoby związane z Dorą, jak Katia czy Witkacy, nie pojawiają się prawie wcale i nie stanowią przeciwwagi. Wspomniana dwójka pojawia się raz, w scenie która według mnie ma tylko przygotować grunt pod akcję w przyszłych tomach.
Autorka ma tendecję to używania niektórych fraz wciąż i wciąż- w pierwszym tomie było to „nie wszyscy muszą mnie lubić”, w drugim co i rusz ktoś stwierdza coś sentencjonalnie. Generalnie, drugi tom jest językowo gorszy(powtórzenia, nadużywanie słów to, ten), przydałaby mu się redakcja.

Najsłabszym elementem cyklu jest postać głównej bohaterki, która jest typową Mary Sue (link do recenzji na Funtastyce, gdzie sprawa została szczegółowo omówiona). W skrócie- Dora jest najlepsza, najpiękniejsza, najbardziej wygadana, a jeśli ktoś ma inne zdanie niż ona, jest po prostu głupi, co mu Dora szybko i łatwo udowodni. Nieważne, czy jest to prokurator, starożytne bóstwo wojny czy może upadły anioł. Poza tym jest wiedźmo-wilko-wampiro-boginią, która cieszy się łaską Pana (Pan w ramach prezentu daje jej Anioła Stróża). Oraz Bogini, która zsyła jej nad wyraz przydatne runy. I wszyscy- od archanioła Gabriela, do Lucyfera kochają Dorę i nieba by jej przychylili.
Pozostałe postacie są jednak sympatyczne i ciekawe, do gustu przypadł mi zwłaszcza wampir Roman. Ze względu na nie, i na magiczny Toruń, zapewne zakupię trzeci tom. 

Czy warto? Hmm, i tak i nie. Nazywanie tego „polską Briggs” jest mocno na wyrost, bliżej mu do Kim Harrison, ale jeśli pominiemy bohaterkę, cykl jest przyzwoity i miło się go czyta. Na wakacje czy do pociągu w sam raz.

PS. Drodzy poloniści, czy słowo heksalogia w ogóle istnieje? Nie znalazłam go w dostępnych mi słownikach, na wiki też nie istnieje, a jedyne odwołania z google dotyczą serii o Dorze Wilk i Gwiezdnych Wojen.

6 komentarze: