sobota, 20 września 2014

Nadal jestem zołzą- Pochłaniacz


Powieść Katarzyny Bondy była jedną z najbardziej oczekiwanych premier tego roku, a Autorkę na okładce obwołano „królową polskiego kryminału”. Podkreślano nowatorstwo, misterną intrygę, ilość badań i pracy włożoną przez autorkę, odwołania do prawdziwych wydarzeń. Miała być literacka uczta, miałam siedzieć na brzegu krzesła, miałam nie móc się odkleić od książki.

Niestety, ale nie.

grafika z empik.com
Jest coś takiego jak za dużo informacji. Mam wrażenie, że Autorka tak bardzo była zafascynowana zebranymi informacjami, tyle się napracowała by do nich dotrzeć, że musiała podzielić się z czytelnikiem wszystkimi. Utrudnia to lekturę i, szczerze mówiąc, nudzi. A kryminał nigdy nie powinien nudzić.

Intryga jest tak piętrowa, że chyba bardziej się nie dało, przez co żaden z wątków nie został rozwinięty w pełni (przypominam, że powieść ma ponad sześćset sześćdziesiąt stron). Wiem, że to pierwszy tom serii i Autorka musiała nakreślić świat, ale Pochłaniacz to nie saga fantasy, nic tu nie trzeba budować od początku! Dochodzi do tego ogromna ilość bohaterów, którzy często pojawiają się na jeden rozdział. Do tej pory tylko George R.R. Martin był  w stanie tak pisać, ale z perspektywy osób epizodycznych pisane są tylko prologi i epilogi.

Kryminał powinien z jednej strony sprawić, że czytelnik czuje sympatię lub podziw dla głównego bohatera, z drugiej umożliwić mu samodzielne odkrycie sprawcy. W powieści Katarzyny Bondy nikt ze śledczych nie wzbudził mojej sympatii. Sasza byłaby ciekawą bohaterką, ale jest przede wszystkim swoim Problemem, nie pełnokrwistą postacią. Bardzo doceniam, że główna bohaterka jest niepijącą alkoholiczką- pomysł oryginalny i potrzebny, ale chciałabym żeby poza tym była kimś jeszcze. W liczącej ponad sześćset stron powieści można było wygospodarować trochę miejsca na rozwój postaci. Najciekawszą i najbardziej niejednoznaczną postacią okazał się Buli. A jeśli chodzi o szacunek- ciężko o niego, jeśli dopiero na pięćsetnej stronie śledczy odgadli rozwiązanie zagadki, które ja znalazłam około dwusetnej.

Właściwa zagadka okazała się dość banalna i prosta, gdyby nie rozbuchany środek, w którym śledczy zajmowali się właściwie inną sprawą, książka mogłaby być o połowę krótsza. Odgadłam kto jest zabójcą bardzo szybko, potem tylko czytałam by zyskać potwierdzenie. Nie jestem genialnym detektywem, ale przeczytałam tyle kryminałów, że dostrzegam schematy.
I jeśli w jednym rozdziale napisane jest jasno, że aresztowany został kamerdyner, to nie można kolejnego retrospekcyjnego opierać na suspensie, kogo właściwie aresztowano. Czytelnik to wie, przeczytał jakieś dziesięć stron wcześniej. Takie sztuczne generowanie tajemnicy w powieści ma miejsce często.

Atmosfera jak ze skandynawskiego kryminału, więc jest ponuro, mrocznie i źle. Bohaterowie są pokiereszowani przez życie, z nałogami, niedojadający, niezrozumiani przez drugie połowy. Każdy ma coś za uszami i mnóstwo problemów. Łapówkarstwo, kryminalna przeszłość, uzależnienie, wykorzystywanie. Ale to rozbuchane tło obyczajowe jest jednak zbyt ogólne, ślizgamy się po powierzchni. Może gdyby Autorka skupiła się na jednym problemie, czytałoby się to lepiej? Odwołanie do największych afer 2013 roku można uznać za zaletę, albo wadę tekstu. Mnie trochę irytowało, ale wiem że dla wielu czytelników było zaletą. Złapałam się nawet na zastanawianiu, czy będzie matka Madzi (tak, była wspomniana). Nie rozumiem też pierwiastka paranormalnego. Czemu on służył poza powiązaniem osoby X z osobą Y (które dałoby się bez problemu stworzyć bez egzorcyzmów)?

Podsumowując, Pochłaniacz to strasznie przegadany, dość przeciętny kryminał. Stara się, ale daleko mu do atmosfery skandynawskich powieści.  Żaden z bohaterów nie przyciąga uwagi, czytelnik często gubi się w ilości opisów. Na pewno zerknę na drugi tom serii, postaram się zdobyć pierwszą powieść Autorki, ale bez specjalnego pospiechu.

1 komentarze: