środa, 15 października 2014

Opowieść wigilijna w Yorkshire - Charlotte Link Dom sióstr


Prawda bywa okrutna, a czasem bolesna, ale przynajmniej jest prawdą. Dzięki niej cała sprawa ma jakiś sens.
grafika stąd

Niektóre książki są jak filmy Polańskiego, nic się właściwie nie dzieje, akcja nie gna do przodu, a czytelnik i tak w napięciu pochłania kolejne strony, czekając. Dom sióstr to właśnie taka powieść. Akcja nie pędzi do przodu, właściwie nic się nie dzieje, a jednak śledzimy ją w napięciu, czekając. Na początku mamy zapowiedź dramatu, ale do połowy książki tylko zachowanie Laury wskazuje, że coś ma się wydarzyć.


Dom sióstr to powieść szkatułkowa. W opowieści o problemach małżeństwa prawników, znajduje się historia Frances Gray, obie połączone losami Laury Sellys i tajemnica Westhill Hall. Fragmenty o Barbarze i Ralphie Amberg miały dość przewidywalną fabułę, a bohaterowie wydawali się, w porównaniu do dawnych mieszkańców domu, wyblakli. Poza tym przejawiali instynkt samobójczy na poziomie bohaterki romansu młodzieżowego, chociaż Autorka starała się mi wmówić, że oboje są bardzo ostrożni. W trudną sytuację pakują się na własne życzenie, lekceważąc ostrzeżenia i napomnienia. Tytułu „zbyt głupi by żyć” nie otrzymują tylko dlatego, że poinformowali gdzie się udają. Oboje rozwijają się w trakcie trwania powieści, ale w ostatnich rozdziałach byli tak irytujący, że wyczerpali całą sympatię i cierpliwość.

Nie jesteś już młodą dziewczyną, która wierzy, że należy jej się od życia to, co najlepsze. Po prostu n i c ci się nie należy. Parę razy możesz mieć szczęście i spadnie ci z nieba to czy owo, przypadkiem i niezasłużenie, ale większość rzeczy musisz wywalczyć sobie sama i możesz się cieszyć, jeśli dostaniesz połowę z tego, co chciałaś.

Na szczęście historia życia Frances wynagrodziła mi wszystko. Panna Gray urodziła się na początku dwudziestego wieku, a więc w bardzo ciekawych czasach. Była przy tym osobą o silnym charakterze i skłonną do działania. Nie bała się podejmować decyzji, a potem ponosić konsekwencji, nawet jeśli otoczenie nie bardzo jej sprzyjało. Cena za niezależność była dość wysoka, ale nasza bohaterka miała dobry przykład w osobie babki i matki. Ostatecznie, Frances wychodzi na swoje, chociaż jest to słodko-gorzki finał. Bohaterka przypominała mi trochę Karen z Pożegnania z Afryką, a trochę Pat ze Srebrnego Gaju. Frances też zaczyna realizować się jako posiadaczka domu, a miłość do Westhill Hall stanowi fundament jej tożsamości. Pozbawiona go Victoria Gray uzależnia opinię o samej sobie od zdania innych.

Podobał mi się stopień skomplikowania postaci, ich pełne charaktery. Ta sama osoba jest zdolna przenosić góry dla uczucia, ale nie umie zaakceptować wyborów kogoś innego. Nikt nie jest jednowymiarowy. John Leigh to jednocześnie cyniczny alkoholik zdradzający żonę i chłopak, który specjalnie nadkładał drogi by pocieszyć dziewczynę w szkole. Victoria Gray jest jednocześnie irytującą i egocentryczną damą i wrażliwą na cudzą krzywdę kobietą. Laura to z jednej strony głupiutka i powolna, ale o swoje jak lwica. Przez to ciężko ich polubić, postacie wymykają się łatwemu współczuciu, ale są prawdziwsze, bliższe czytelnikowi.
Niestety, Barbara i jej mąż są dużo gorzej napisani, zwłaszcza koniec powieści jest przez to cięższy do czytania.

Autorka pokazuje jak wielkie wydarzenia historyczne zmieniają życie w dość odizolowanej społeczności. Co ciekawe, wojna tylko niszczy, nikt z bohaterów na niej nie zyskuje. Laura Sellys traci poczucie bezpieczeństwa i tożsamości, którego nie odzyska przez całe dorosłe życie. George Gray i John Leigh są ofiarami PTSD, jeden odsuwa się zupełnie od ludzi, drugi ucieka w alkoholizm. Nawet osobom niedotkniętym bezpośrednio przez działania wojenne rozsypuje się życie, bo świat zmienia się na zawsze. Książka jest bardzo antywojenna, nie pokazując ani jednej bitwy.

- Chciałbym, żebyś coś wiedziała - powiedział. - Chciałbym, żebyś wiedziała, że cię kocham. Wcale nie mniej niż wtedy nad rzeką Swale, kiedy musiałem przyjechać i cię pocieszać. Nic się nie zmieniło. Bez względu na to, co ja robię. Bez względu na to, co ty robisz. Obojętne, ile włosów nam tymczasem posiwiało i ile ran sobie zadaliśmy.

Podobało mi się, jak autorka rozpisała trójkąt uczuciowy. Łatwo było wpaść w sidła stereotypów z dwoma kobietami walczącymi o bezwolnego mężczyznę. Na szczęście, John jest autonomicznym bohaterem, podejmującym decyzje i tak samo winnym jak pozostałe strony. Przyznam, że ciężko było mi wybrać najbardziej winną stronę. Całość jest fascynującą, choć niezbyt przyjemną lekturą. Dla równowagi historia miłości Maureen i jej męża jest piękna i ciepła, pokazuje ile można wygrać, jeśli tylko ma się odwagę.

Mimo scenerii oraz tematyki Dom sióstr  nie jest lekturą lekką i łatwą, służącą pokrzepieniu serc. Jest za to bardzo przyjemną, wielowątkową opowieścią o zwykłych ludziach zaplątanych we własne relacje i wielką historię. Pokazuje, że jeśli ma się odwagę działać, można zdobyć wszystko (choć nie zawsze musi tak być). W sam raz na długie jesienne wieczory. 

2 komentarze: