poniedziałek, 9 lutego 2015

Ilona Andrews Na krawędzi



Po audiobooku Ilony Andrews postanowiłam spróbować, jak się ją czyta w wersji papierowej i po polsku. Na pierwszy ogień poszło Na krawędzi (tylko dlatego, że pierwsze dotarło pocztą). I muszę powiedzieć, że bardzo mi się podobało, przeczytałam powieść właściwie w jeden wieczór.

Choć raz polska okładka jest dużo lepsza niż oryginalna. Grafika z goodreads.com

Rose, główna bohaterka, bardzo przypominała bohaterki Charlaine Harris (dar który spycha ją na obrzeża wspólnoty, brak wykształcenia, dużo godności), ale jest sympatyczniejsza, a przede wszystkim lepiej napisana. W ogóle bohaterowie to jeden z najmocniejszych punktów Na krawędzi, większość jest wielowymiarowa i dobrze napisana. Chociaż nie obraziłabym się za więcej scenek z życia Rubieżników. Bardzo polubiłam obu braci Rose, zwłaszcza Jacka. 
Kolejnym mocnym punktem jest świat przedstawiony. Ilona Andrews umie tworzyć interesujące światy. Rubież nie podobała mi się tak bardzo jak świat z Inskeeper Chronicles, ale bardziej niż świat Kate Daniels (ale Kate Daniels przeczytałam tylko jedną część, którą autorzy uważają za najsłabszą).
Świat Rose jest inspirowany Dzikim Zachodem, bohaterka mieszka na granicy między naszym światem a fantastyczną krainą, nienależąc do żadnego ze światów. Rubieżnicy to niewielka, samorządna wspólnota, w chwilach kryzysu zdana tylko na siebie. Autorka opisuje go w mój ulubiony sposób, zamiast długich paragrafów z informacjami, czytelnik poznaje zasady rządzące światem w trakcie opowieści. Szkoda tylko, że kiedy bohaterowie trafiają do Dziwoziemi właściwie brak opisów. 
Na krawędzi to romans, wypadałoby wspomnieć o głównym bohaterze. Declan jest... fajny. Nie mój typ , ale może się podobać, a poza standardowymi cechami bohatera romansu (świetny wygląd, arystokratyczne pochodzenie, bycie niebezpiecznym dla bohaterki) dostał charakter. Naprawdę podoba mi się promowany przez Ilonę Andrews typ męskości, w którym facet nie tylko pokona potwora, ale potrafi usmażyć naleśniki i zaopiekować się dwójką przestraszonych dzieci. Podobało mi się, że Autorka opisała związek Rose i Declana tak, że są interesujący nawet po tym jak wyznali sobie miłość. Dla porządku dodam jeszcze, że mizianki stoją na wysokim poziomie, czyta je się bez przykrości i przewracania oczami.
W powieści niby występuje trójkąt miłosny. Rose interesuje się dwóch mężczyzn, ale dziewczyna od razu informuje jednego z nich, że nic z tego nie będzie. Przyjęłam to z dużą ulgą, nie przepadam za trójkątami miłosnymi.  

Oryginalna okładka. Niby to samo, a jednak dużo gorzej. Swoją drogą, fascynuje mnie kto dobiera zdjęcia mężczyzn na okładki romansów.
Na szczęście, książka zawiera też solidną dawkę akcji. Naprawdę dużo się dzieje, przy czym żaden ze zwrotów akcji nie wynika z głupoty bohaterów, albo z przemilczenia. Nadziałam się ostatnio na kilka takich kwiatków fabularnych i jestem trochę przeczulona.
Bardzo podobały mi się wstawki popkulturowe. Niby nic, ale kiedy dziesięcioletni kotołak rzuca się na mangi InuYasha (bo bohater ma kocie uszy!), to jestem skłonna dać książce pól gwiazdki więcej. Lubię kiedy bohaterowie czytają książki czy komiksy, oglądają seriale i szkoda, że ten motyw pojawia się tak rzadko. 
Do pewnego momentu tłumaczenie i redakcja były bez zarzutu, później nieco się posypały, ale i tak Na krawędzi to jedno z najlepiej zredagowanych wydawnictw Fabryki Słów, jakie czytałam. Szkoda, że inna książki Autorki nie miała tyle szczęścia (ale to temat na inną notkę).
Jeśli szukacie nieco baśniowego romansu, w którym jednak akcja dotyczy nie tylko sercowych dylematów bohaterów, powinniście sięgnąć po Na krawędzi. Ciekawy świat, sympatyczni bohaterowie, humor i magia. Czego chcieć więcej? A podobno drugi tom jest jeszcze lepszy!

3 komentarze: