Wszyscy lubimy czytać książki lekkie, łatwe i przyjemne.
Takie, przy których czytelnik może się ogrzać. Kiedy za oknem szaro, albo w
życiu coś nie tak, dobrze jest uciec do krainy, gdzie bohaterom się udaje,
mężczyźni są konwencjonalnie romantyczni, a koty nigdy nie wymiotują na dywan
(albo regał). Taki literacki odpowiednik filiżanki słodkiej herbaty i ciasta.
Przyznaję, że to typ książek, który najczęściej mnie
rozczarowuje. Mam wrażenie, że zamiast herbaty dostałam bezę- jest słodko, ale
tylko słodko*, leciutko i krótko. Dostaję romans, ale książka nie opowiada mi
historii, nic się w niej nie dzieje, poza tym że postać A i postać B się
kochają. Czasami dołączone są do tego problemy rodzinne (nie wiedzieć czemu,
zawsze z wysokiego C- choroby, wypadki itp. Nikomu nie może się samochód
zepsuć, na przykład. Albo pralka. ). Dlatego zawsze dokładnie sprawdzam, o czym
ta beza ma być. Jeśli bohaterka buduje dom, hoduje lawendę, otwiera winnicę,
czy ma restaurację, mogę się skusić. Jest szansa na sympatyczną lekturę.
Ten przydługi wstęp prowadzi do wniosku, że powieści
Rainbow Rowell to dla mnie fluff idealny. Po przeczytaniu robi mi się ciepło na
sercu, świat wydaje się przyjaźniejszy, a ludzie milsi. A jednocześnie nie mam
poczucia skonsumowania płaskiej bezy, a cudownej eklerki**. Dziś będzie o Attachments,
za jakiś czas o Fangirl.

