wtorek, 31 marca 2015

Andrzej Pilipiuk Zaginiona



Po prawie 10 latach nowa część serii „Kuzynki Kruszewskie” ponownie zachwyca czytelniczki i czytelników Andrzeja Pilipiuka.
No a ja, jak zwykle pod prąd, i mnie nie zachwyca. Co prawda, Zaginiona nie zirytowała mnie tak bardzo jak Szewc z Lichtenrade, ale nie wywołała też zachwytu. Przeczytałam, siedząc na uczelnianym korytarzu i w autobusie i jestem pewna, że poza bractwem librofilów za miesiąc wszystko ucieknie mi z pamięci.
Obie historie wydawały mi się pierwszą wersją, taką do dopracowania. Zakończenie Zaginionej jest wyjątkowo nieklimatyczne, a w Czarnych skrzypcach najwięcej jest opisów jedzenia, rozwiązanie zagadki prościutkie, a postaci nieciekawe. Bo pomysły na przeklęte skrzypce czy wyspę, której nie ma na mapie, są zarazem klasyczne i bardzo ciekawe, aż proszą się o rozwinięcie. Świat Autora jest spójny, mitologia interesująca, ale wielu rzeczy trzeba się domyślać.


Wybaczyłabym Autorowi niedociągnięcia fabuły, gdyby postaci się nie zepsuły. Ale obie kuzynki przeszły dziwaczne zmiany charakteru. Katarzyna zgłupiała, Stanisława za to się uwspółcześniła, nawet używa młodzieżowego slangu.  Relacja ich obu też jakby się uwsteczniła. Według moich obserwacji, Zagubiona dzieje się po Dziedziczkach, a jednak bohaterki bardzo mało o sobie wiedzą, a Katarzyna jest znowu na etapie „to wampiry istnieją?”.
Pozostali bohaterowie są albo tekturowi albo ledwo naszkicowani. Dwóch frislandczyków z pierwszej historii zlewało mi się w jedną osobę. Małżeństwo z Czarnych skrzypiec  karmi bohaterki (ona), wygłasza monologi o miodzie (on) i tyle. Tak naprawdę, guzik obchodziło mnie czy postaci drugoplanowe dożyją do końca, o Kruszewskie też byłam spokojna.
Autor nie umie pisać kobiet, zwłaszcza młodych. Ania Czwartek jest tak niedzisiejsza jak Stasia, a błyszczy tylko podczas pierwszego spotkania z Kruszewskimi w kawiarni. Ale w sumie, to wiedziałam nie od dziś i nie miałam wielkich nadziei.
Alternatywna okładka ze strony Fabryki nawiązuje do najzabawniejszego fragmentu książki.
Najbardziej irytowały mnie i bawiły narzekania bohaterów na państwo, władzę, podatki i jak to ludzie wykorzystują stanowisko i uprawnienia by załatwiać prywatne sprawy. Nie będę pokazywać palcem, ale zgadnijcie kto wykorzystuje swoją legitymację by zastraszać/bezprawnie przepytywać/ uzyskiwać dostęp do tajnych danych itp.?

A tak wygląda pierwotna wersja. Nie nawiązuje do niczego.
Pilipiuk pisze lekko i łatwo się go czyta, ale cierpi na biegunkę informacji. Ja styl Autora lubię, doceniam lekkość i wykorzystywanie słów, które już trochę wyszły  z użycia. Ale irytują mnie powtórzenia i infodump, właściwie wszystkie dłuższe wypowiedzi bohaterów to wykłady. Oni nie rozmawiają, tylko wygłaszają do siebie informacyjne monologi (poza Katarzyną, którą celuje raczej w zastraszania i łamanie prawa). Gdyby jeszcze te monologi były wygłaszane ludzkim językiem! Ręka do góry, kto z Was używa sformułowań „kubatura jaskini”, opowiadając o lokalnej atrakcji turystycznej? No właśnie.
W Pilipiuku irytuje mnie chyba najbardziej marnowanie potencjału. On ma wspaniałe pomysły, wielką wiedzę i fajny styl, ale utwory zazwyczaj sprawiają wrażenie niedorobionych, jakby Autorowi zabrakło czasu lub chęci by całość doszlifować. Gdyby tylko popracował nad psychologią postaci… stylem wypowiedzi… wyciął wszelkie zbędne słowa… jakie to by były wspaniałe książki! A tak są literacką gumą balonową. Zaginiona, niestety, nie jest wyjątkiem.

4 komentarze: